Moje Artykuły

BILANS UMYSŁOWYCH ENERGII

Tragiczne wydarzenia 2010 roku w Polsce – katastrofa prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem i trzy fale powodziowe – przyczyniły się m.in. do poszukiwań przez wielu ludzi naszej społeczności odpowiedzi na pytania o podłoże i istotę tychże zdarzeń. Spora liczba moich znajomych, a nawet pacjentów, znających moje zainteresowania odkrywaniem prawdy i moim obeznaniem ze światem umysłowych energii, zwróciło się do mnie o wyjaśnienie podłoża polskich tragedii i udzielenia odpowiedzi na pytanie, co czynić, by zapobiec podobnym sytuacjom. Większość z tych ludzi była wręcz przybita wiadomościami związanymi z katastrofami, co z kolei sprzyja tworzeniu nie tylko „chmury” negatywnych energii psychicznych, ale również różnych destrukcyjnych teorii i interpretacji, posiadających niszczący wpływ na ludzką psychikę.
W jednej z wiadomości, którą odebrałem na swojej poczcie mailowej pod koniec czerwca od znajomej mi osoby, zawarty był opis apokalipsy Polski, przeniesiony z książki Stefana Budzyńskiego „Dotknięcie Boga”, odnoszący się do wizji Jana Pawła II na temat losów Polski, której doświadczył w 1982 roku, a która, jak uważają autorzy maila, ma się wkrótce zrealizować. Ta wysoce negatywna wizja naszego papieża dotyczyła m.in. napaści Niemiec na Polskę i została w w/w książce powiązana z apokalipsą całego świata, w tym z agresją Chin wobec Rosji i III wojną światową. Osobiście uważam, że istniały pewne rzeczywiste przesłanki tej wizji, m.in. realne zagrożenie dla świata wojną rosyjsko – chińską, ale dotyczyły one burzliwych lat 80. XX wieku. W tej chwili sprawdzenie się owej wizji graniczy z niemożliwością, chociażby ze względu na układ polityczny, jaki współcześnie panuje na świecie. Na przykład, czy realna jest na ten czas napaść Niemiec na Polskę? Upowszechnianie zaś obecnie treści papieskiej wizji, z podkreśleniem z pełną mocą, iż pochodzi ona od Boga, jest przysłowiowym „dolewaniem oliwy do ognia” i wywołuje u zaznajomionych z nią osób olbrzymią falę destrukcyjnej energii, która wręcz niszczy pozytywną energię kreowaną przez ludzi dobrej woli, walczących o pokój na świecie. Bo to, czy dojdzie do trzeciej wojny światowej, czy dojdzie do jakiegokolwiek zbrojnego konfliktu jest w chwili obecnej „w naszych rękach”, jest sprawą bilansu umysłowych energii, o którym szerzej poniżej. Bilansu budowanego mniej lub bardziej świadomie codziennie przez wszystkich ludzi na naszej Ziemi – Matce. Moja zapoznana z wizją światowej apokalipsy znajoma, której wyjaśniłem, że dzięki pozytywnej pracy nad światowym pokojem wizja Jana Pawła II, osobiście bardzo zaangażowanego w tę pracę, już nie ma racji bytu, odetchnęła z ulgą. „Kamień spadł mi z serca” – powiedziała mi na pożegnanie naszej telefonicznej rozmowy.
Część z pytających mnie osób „zachodziła w głowę”, dlaczego tragedie dotknęły polski naród, tak bardzo przecież oddany wierze (jakie były zatem intencje Boga, co Bóg chciał przez to powiedzieć i tym podobne pytania). Dlaczego katastrofie uległ prezydencki samolot, skoro na jego pokładzie znajdowali się m.in. wybitni przedstawiciele polskiego duchowieństwa katolickiego, a zatem ludzie nie tylko wierzący, ale również mocno praktykujący chrześcijańską religię? Odpowiadając swoim znajomym często powoływałem się na tekst mojej pierwszej książki „Inteligencja materialna a poszerzona świadomość i zjawiska paranormalne”, w którym zawarłem wyjaśnienie zwrotu „bilans umysłowych energii”. Ponieważ – z jednej strony – w mojej pracy temat owego bilansu nie jest zbyt mocno wyeksponowany, wobec czego ginie w sporej ilości informacji związanych z jej tytułem, z drugiej zaś strony – zaistniała, jak uważam, wielka potrzeba, jako odpowiedź na ogrom negatywnych energii psychicznych (emocji, myśli), wyzwolonych pod wpływem katastrofy prezydenckiego samolotu i powodzi, by go uwypuklić, postanowiłem napisać tekst, który, choć częściowo, przyczyniłby się do rozjaśnienia ludzkich umysłów oraz rozpędzenia chmury destrukcyjnych energii, narosłych pod wpływem polskich tragedii.
Spróbujmy zdefiniować bilans umysłowych energii (bilans moralny, bilans psychoenergetyczny). Jest to ogół energii psychicznych, na które składają się emocje, myśli, uczucia wyższe, słowa, wyobrażenia, intencje, idee oraz działania, generowanych przez człowieka, i to zarówno energii pozytywnych, jak i negatywnych. Energie te sumując się (podobnie jak w matematyce liczby dodatnie i ujemne lub w sferze finansów – zyski i długi) budują psychoenergetyczny bilans dodatni lub ujemny. Bilans dodatni tworzą głównie: pozytywne emocje, takie jak odwaga, cierpliwość, spokój, tolerancja; uczucia wyższe jak przyjaźń, miłość, altruizm, empatia, dobra wola; pozytywna mowa, na którą składają się m.in. afirmujące słowa; pozytywne, optymistyczne myśli, w skład których wchodzą piękne wyobrażenia i szlachetne idee, np. pokojowe. Z kolei w skład ujemnego bilansu wchodzą emocje niższe, będące energiami niższych poziomów świadomości, poziomów ego, jak strach i lęki, złość, zawiść, zazdrość, przygnębienie (tak naprawdę są one atawizmami, czyli pozostałością po zwierzęcych i przedludzkich przodkach) oraz często wynikające z nich negatywne myśli (wyobrażenia, intencje), słowa i działania. I co najważniejsze w tym temacie – wytworzone przez człowieka energie psychiczne, budujące jego psychoenergetyczny bilans, nie rozpraszają się i posiadają moc sprawczą, co zresztą znajduje swoje odbicie w przysłowiach: „Piwo, które nawarzyłeś musisz wypić”, „Co zasiejesz, to zbierzesz” i „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. Nie tylko, że działają one bezpośrednio, np. raniące duszę słowa lub ratujące ludzkie życie czyny, ale też dają o sobie znać po jakimś czasie.
Energie negatywne, jeżeli nie są świadomie neutralizowane przez umysłowe energie pozytywne, kumulują się tworząc ujemny bilans psychoenergetyczny, który w konsekwencji, prędzej lub później, odbija się nie tylko na zdrowiu jego twórcy i najbliższego jemu otoczenia, ale również na wszystkich sferach jego życia, m.in. na prosperowaniu i odnoszeniu sukcesów, międzyludzkich relacjach oraz związkach. Podobnie kumulują się, tworząc pozytywny bilans umysłowych energii, ludzkie pozytywne energie, które sprzyjają zdrowiu oraz realizacji planów, pragnień i marzeń, jak również, w zależności od poziomu świadomości jednostki, mogą posiadać moc uzdrawiającą ciało i ducha. (Na dodatnim bilansie osób o wysokim poziomie świadomości opiera się proces uzdrawiania wykorzystywany m.in. w bioenergoterapii). I co jeszcze w tym temacie należy szczególnie zaznaczyć – psychoenergetyczny bilans jednostki wchodzi w skład bilansu reprezentowanej przez niego rodziny, grupy społecznej, narodu, jak również rzutuje na bilans ogólnoświatowy, od którego zależy, w zależności od polaryzacji, światowy pokój. Zatem bilans każdego człowieka, podobnie jak pojedyncze cegły wchodzą w skład całego budynku, przyczynia się do budowy ogólnego bilansu umysłowych energii na naszej planecie, a ten – w zależności czy jest dodatni czy ujemny – do pokoju lub konfliktów.
Tak naprawdę temat bilansu umysłowych energii jest stary, jak stara jest nasza cywilizacja. Podejmowały go już te najstarsze kulty, w których jest mowa o tzw. życiu pozagrobowym. Do pierwszych wierzeń opisujących życie w zaświatach należały politeistyczne religie ludów indoeuropejskich, półkoczowniczych plemion patriarchalnych wojowników zamieszkujących ok. 6 tys. lat p.n.e. stepy nad dolnym dorzeczem Wołgi i wokół Morza Kaspijskiego. Znane współczesności dzięki stworzeniu kultury grobów kurhanowych, dały początek patriarchalnym wierzeniom, w których m.in. wyeksponowana została kwestia zasługi miejsca pobytu po śmierci. Na przykład, według Indoeuropejczyków, by zasłużyć po śmierci na życie w krainie bogów, mężczyzna musiał odznaczać się walecznością, męstwem i odwagą w bitwie, a najlepszą sposobnością na dostanie się do wyższych sfer była śmierć na polu walki z mieczem w dłoni.
Początki starożytności, sięgające około IV tysiąclecia p.n.e., to czas zaistnienia pierwszych wielkich cywilizacji ziemskich, Sumeru i Egiptu, to okres powstania i kształtowania się wielkich patriarchalnych religii politeistycznych, czyli kultów bogów i bogiń, którym przewodził najsilniejszy reprezentant płci męskiej. Ponieważ sprawy po śmierci były wówczas nie mniej ważne od życia doczesnego, w panteonie każdej z wielkich religii starożytności znaleźć można bóstwo (najczęściej był to bóg) odpowiedzialne za świat zmarłych. Przykładem w tym temacie może świecić starożytny Egipt, w którym to państwie sprawy życia pozagrobowego miały większe znaczenie aniżeli życie doczesne, co przejawiało się m.in. poprzez mumifikowanie zwłok, zapewniające zmarłemu, wraz z włożonymi razem z nim do grobu jadłem i kosztownościami, udaną podróż do krainy zmarłych. Kolejnym dowodem wiary w życie pozagrobowe były mity przedstawiające podróż duszy zmarłego w zaświaty i procedurę przyjęcia jej do krainy zmarłych (krainy cieni). W Egipcie rządy sprawował w niej bóg Ozyrys, zwany sędzią zmarłych. Jak podaje starożytna mitologia egipska, sąd nad zmarłym dokonywał się przed Ozyrysem i jego 42. pomocnikami za pomocą wagi. Stojący przy niej bóg śmierci Anubis kładł na jednej szali duszę zmarłego, podczas gdy na drugiej szali leżało pióro prawdy. Sekretarz Ozyrysa, Toth, zapisywał wynik ważenia. Jeżeli okazywał się on dla zmarłego niepomyślny, czyli gdy w jego materialnym życiu przeważały złe uczynki, na nieszczęśnika czekała „pożeraczka zmarłych” – Ammut. Pozytywny wynik ważenia, będący konsekwencją dobrych uczynków, wynikających z czystych myśli i uczuć, oznaczał dla zmarłego wieczne życie, a nawet – według niektórych mitów – zjednoczenie z samym Ozyrysem.
Podobne lub nawet identyczne wierzenia odnajdujemy w innych kulturach starożytnego świata, niezależnie od długości i szerokości geograficznej m.in. w kulturze starożytnej Grecji, uchodzącej za kolebkę zachodniej cywilizacji. Tutaj rządy w krainie cieni sprawował bóg Hades, a całe jego podziemne królestwo podzielone było na miejsca nagrody i kary. Dusze dobrych i sprawiedliwych ludzi, w tym głównie herosów, przebywały na Polach Elizejskich lub na Wyspach Szczęśliwych. Z kolei miejsce dla zbrodniarzy i osób, które przeciwstawiały się boskiej woli, znajdowało się w Tartarze. Był to obszar wiecznej kary, gdzie Syzyf bez przerwy toczył swój kamień, Tantal cierpiał wieczny głód i pragnienie, a Danaidy naczyniami o dziurawych dnach nieustannie napełniały beczki wodą. Wielkie zaś rzesze grzeszników biczowały trzymanymi w rękach wężami straszliwe Erynie.
Za kolejny przykład wiary w życie po śmierci służyć może hinduizm, religia, której korzenie są starsze od judaizmu, a do dziś wyznawana przez zdecydowaną większość mieszkańców Indii, Hindusów. Również i w niej dominujące znaczenie ma pojęcie ogólnego bilansu moralnego, który żyjący na Ziemi człowiek tworzy poprzez swoje słowa, myśli, uczucia i uczynki. Sumując się tworzą one swoiste konto moralne duszy (zwane karmanem), rzutujące na jej dalsze wcielenia i żywoty. Jak do tej pory twierdzą wyznawcy hinduizmu, tylko od nas samych zależy, czy nasza dusza zostanie zbawiona, czy też odrodzi się na niższych poziomach, by odpokutować za popełnione przez człowieka złe czyny, będące konsekwencją negatywnych emocji i myśli.
Jednym ze wzorców postępowania, który ukształtował się w starożytności, by zasłużyć na wieczny pobyt wśród bogów, było życie w ascezie, polegające na wyrzeczeniu się wszelkich dóbr doczesnych, przyjemności i rozkoszy związanych z egzystencją w świecie fizycznym. Ten wzorzec bardzo często występował w dalekowschodnich systemach religijno – etycznych, które w różnych odmianach przetrwały do czasów współczesnych. Największe z nich to zaistniała i rozwinięta na terenach Indii joga oraz praktykowany w sąsiednich Chinach taoizm. W jodze za najważniejszą, przetrwałą do dzisiaj zasadę uważa się „nie zabijaj”, a cały ten system nastawiony jest na wznoszenie świadomości ku wysokim poziomom mądrości i miłości. Po licznych wyrzeczeniach, specjalnych ćwiczeniach i okresie zdyscyplinowanego życia adept jogi osiągał szczęśliwość, która wynikała głównie z wolności od niskich, destrukcyjnych emocji i myśli, co też przyczyniało się do ustawicznego tworzenia przez niego dobrych energii, wchodzących w skład jego ogólnego psychoenergetycznego bilansu. Podobny w swoich założeniach do jogi taoizm, realizowany odmiennymi od niej sposobami i metodami, również prowadzi do wyzwolenia się z niższych, emocjonalnych poziomów świadomości wynikających z iluzji i nawyków życia w materialnym świecie. W zamian za praktykowanie taoistycznej ścieżki jej adept, tworząc pozytywny bilans moralny, dostępuje doskonałości prowadzącej do duchowych mocy i nieśmiertelności duszy.
Około VI w. p.n.e. zaczęli pojawiać się na Ziemi prorocy i Nauczyciele, próbujący swoimi naukami znieść dotychczasowe politeistyczne kulty, w tym również poglądy na kwestię zasługi na miejsce człowieka po jego śmierci. Jednym z pierwszych był Zaratusztra (Zoroaster), pochodzący z Iranu prorok, który w wieku około trzydziestu lat doznał objawienia i postanowił głosić wśród rodaków nową, jak uważał, prawdziwą religię, nota bene religię monoteistyczną, czyli wiarę w jednego Boga. Ponieważ zaś wśród swoich nie znajdował posłuchu, Zaratusztra uciekł z kraju do sąsiedniej Persji, gdzie znalazł opiekę ówczesnego władcy tego państwa i możliwość szerzenia nowej wiary, kultu Ahura Mazdy (Pana Mądrego), stwórcy Nieba, Ziemi i wszystkich żyjących istot. Według irańskiego proroka człowiek po śmierci staje przed boskim sądem, który zważywszy jego myśli, słowa i uczynki dokonane w życiu, a zapisane w nieśmiertelnej duszy (czyli dokona, rozumując współcześnie, moralnego bilansu umysłowych energii), wyda wyrok o dalszym jego losie w życiu pozagrobowym. Dusze ludzi dobrych, a zatem przestrzegających zaratusztrańskiej etyki, w której najwyżej cenione były: prawdomówność, niekrzywdzenie innych, czystość fizyczna i duchowa oraz hojność wobec ubogich, udadzą się do raju, a dusze złych – wtrącone zostaną w mroczną otchłań piekielną.
W tym samym mniej więcej czasie co irański prorok, żył na terenach współczesnych Indii Budda Gautama. Porzuciwszy książęce przywileje i bogactwo na rzecz ascezy, po siedmiu latach umartwień doznał on w wieku trzydziestu pięciu lat oświecenia, dzięki któremu poznał prawdę związaną z życiową drogą człowieka, drogą uwalniającą od cierpienia, jakie niesie ze sobą życie w materialnym świecie. By zlikwidować wszechobecne w trakcie ludzkiej egzystencji cierpienie, Budda nauczał Drogi Środka, zwanej też „Ośmioraką Ścieżką”, preferującą umiarkowany i świadomy tryb życia. Składa się na nią osiem następujących elementów: trzeźwe postrzeganie świata, uczciwe postępowanie, prawe życie, należyta mowa, dobre uczynki, czyste myśli, słuszne dążenia i należyta medytacja. Zasługą za życie według „Ośmiorakiej Ścieżki” jest nirwana, czyli wygaśnięcie wszelkiego cierpienia związanego z egzystencją, zarówno w świecie fizycznym, jak i w zaświatach. Kwintesencję swoich nauk zawarł Budda w następującym zdaniu: „Bądź dobry i czyń dobrze, a zaprowadzi cię to do wolności, która naprawdę istnieje”.
Około 500 lat po Buddzie pojawił się w Galilei inny Nauczyciel Ludzkości, Jezus Chrystus. Nauczał On o dobrym Bogu i Królestwie Niebieskim, do którego wstęp mają wszyscy dobrzy i sprawiedliwi. Piewca wszechmiłości, za najważniejszą zasadę uważał umiłowanie bliźniego jak siebie samego. Miłość, według nauk Chrystusa, jest bramą wiodącą do Boga, zatem by znaleźć się w Jego Królestwie należy ukochać wszystkich, nawet swoich wrogów. Chcąc zatem osiągnąć zbawienie swojej duszy i zasłużyć na życie wieczne, człowiek winien porzucić nienawiść, agresję, zawiść, zazdrość, pożądanie i inne negatywne emocje na rzecz miłości. (Nauki Chrystusa są kolejnym przykładem potrzeby budowania pozytywnego bilansu moralnego).
Z kolei w 600 lat po Chrystusie, niedaleko jego miejsca narodzin i działalności, na ziemiach Arabów nauczał prorok Mahomet (właściwie Muhammad), którego nauki zawarte zostały w świętej księdze islamu – Koranie. W kwestii zasługi na życie wieczne nauki arabskiego Proroka w zasadzie niczym nie różniły się od poprzedników: w dniu Sądu Ostatecznego wszyscy zmarli zmartwychwstaną, zostaną zważeni i posłani, w zależności od wskazań na „moralnej wadze”, na całą wieczność do nieba lub do piekła. Aby stanąć przed „niebiańskimi wrotami” Koran zaleca życie pobożne (codzienne modlitwy, rytualny post, pielgrzymki do Mekki), jak również prawdomówność, hojność poprzez codzienną jałmużnę oraz dbałość o rodzinę.
Z powyższego tekstu jasno wynika, że od początku istnienia ludzkiej cywilizacji człowiek był inspirowany – bądź to przez kulty, bądź przez Nauczycieli i duchowych Mistrzów – do pracy nad sobą, do pracy nad ujarzmianiem swoich negatywnych emocji, myśli i czynów na rzecz emocji i myśli pozytywnych oraz uczuć wyższych, prowadzących do dobrych uczynków. Podstawową i najważniejszą, wręcz jedyną inspiracją do budowania przez człowieka pozytywnego bilansu moralnego, była obietnica zbawienia jego duszy i życia wiecznego. Obecnie, w okresie upadku wszelkich autorytetów, w tym moralnych i religijnych, mało kto mówi, aby być po prostu dobrym człowiekiem, mało kogo już inspiruje perspektywa zbawienia i życia wiecznego za dobre uczynki, myśli, słowa i uczucia, za godne życie. Ortodoksi islamscy, biorąc niejako odwet za krwawą przeszłość, jaka miała miejsce w czasie chrześcijańskich krucjat, nawołują do samobójczych zamachów, dzięki którym, według nich, ochotnik – samobójca, po zebraniu krwawego żniwa, ma zapewnione życie wieczne w raju wśród pięknych, czarnookich dziewic. Muzułmańscy fundamentaliści zieją nienawiścią do wszelkich religii (według nich wszyscy poza islamem są niewiernymi), zabijając się również nawzajem, nawet w swoich świątyniach, jak to czynią sunnici i szyici. Wyznawcy judaizmu, podobnie jak hinduizmu, nienawidzą mahometan, nie darząc przy tym również specjalnym uwielbieniem chrześcijan. Oni z kolei, przez wieki indoktrynowani podstawową ideą Kościoła rzymskokatolickiego głoszącą, że Chrystus przez swoją śmierć na krzyżu zbawił całą ludzkość, niewiele starając się o dobro ogółu zajmują się zwalczaniem odmiennych od katolicyzmu poglądów (a czynią to od dobrych 1700 lat), tworząc przy tym i wyzwalając u innych codziennie olbrzymie ilości negatywnych emocji. (Przykład w Polsce – konflikt dotyczący krzyża postawionego przed Pałacem Prezydenckim w dniach żałoby po katastrofie prezydenckiego samolotu). Wśród samych chrześcijan, podobnie jak wśród mahometan, nadal panuje wielowiekowa niezgoda, zwłaszcza pomiędzy katolikami a protestantami. Jak świat długi i szeroki wszędzie odnotowuje się obecnie konflikty na tle religijnym, pomimo że wszyscy wyznawcy współczesnych patriarchalnych religii monoteistycznych powołują się na słowa Nauczycieli i proroków o czynieniu dobra oraz deklarują wiarę w jednego Boga. (Niepomni również na piękną mądrość: „Nieważne jakie poglądy czy religię wyznajesz, ważne jakim jesteś człowiekiem”). Jeżeli do konfliktów religijnych dorzucimy liczne na naszym globie konflikty polityczne (m.in. o zasoby naturalne) i etniczne, a także, jakże częste spory rodzinne i inne międzyludzkie, możemy stwierdzić, że codziennie nasz świat otrzymuje olbrzymią dawkę ludzkich negatywnych energii psychicznych (podobnie jak codziennie Ziemia przyjmuje od ludzkiej społeczności olbrzymie ilości zanieczyszczeń i śmieci), która przyczynia się do niekorzystnego dla niego bilansu psychoenergetycznego, co m.in. uwidacznia się w kondycji naszej planety i żyjących na niej istot, w tym przede wszystkim samych ludzi. (W tym momencie przychodzi na myśl stwierdzenie pewnego mędrca: „Ludzie szturmują wrota piekieł, choć bramy niebios stoją otworem”. Z kolei moja własna sentencja: Ludzie boją się chorób i śmierci, ale czynią wiele, by chorować i przedwcześnie odchodzić z tego świata).
Wyjaśnijmy zatem pokrótce istotę i przyjrzyjmy się bliżej zagadnieniom bilansu umysłowych energii oraz jego konsekwencjom w zależności od tego, czy jest dodatni czy też ujemny. Wydaje się, że temat ten jest obecnie bardzo na czasie, bowiem ludzka społeczność – jako ogół – w swoim pędzie ku materialnym dobrom i zapamiętaniu w sporach o rację, zatraciła sedno tego, co jest istotą ludzkiej egzystencji, a na co wskazywały nauki Nauczycieli i proroków. Bo chociaż wielu z tej społeczności zna owe nauki i wie, że należy być dobrym i czynić dobro, co przynosi pozytywne efekty, chociażby w kwestii zbawienia, współczesna drapieżna cywilizacja naukowo – techniczna (zwana tez odhumanizowaną) poprzez swoje wymogi i wytwory zabija w człowieku to, co najistotniejsze – zabija wyższe uczucia i wiele cennej energii potrzebnej do czynienia dobra. Współczesna cywilizacja jest też zresztą konsekwencją takiego, a nie innego ludzkiego bilansu psychoenergetycznego, bilansu ujemnego, powstałego w wyniku przewagi popartego inteligencją egoizmu i egocentryzmu nad altruizmem i uczuciowością, a zatem powstałą w wyniku braku harmonii pomiędzy inteligencją a uczuciowością. (W tym miejscu nasuwa się kolejny mądry cytat: „Historia ludzkości to historia walki altruizmu z egoizmem”).
Wyjaśniając istotę bilansu umysłowych energii, który budują ludzkie emocje, uczucia wyższe, myśli, słowa i działania, należy wyjść z informacją o tym, że jesteśmy jako ludzie istotami energetycznymi, otoczonymi światem wypełnionym i, co ważne, powiązanym ze sobą nawzajem różnymi energiami. Już starożytni mędrcy, zwłaszcza doświadczający różnych stanów, zwanych paranormalnymi mistycy, mistrzowie jogi i tao, asceci i święci, mówili o naszym świecie jako wypełnionym energiami na różnym poziomie rozwoju, nazywając też materię (ciała fizyczne) „grubą” lub gęstą energią. Współczesna nauka, poczynając od Einsteina, w pełni potwierdza słuszność mistycznych doświadczeń starożytnych oraz późniejszych myślicieli-mistyków w tej kwestii. Wpierw fizyka kwantowa, a następnie – osadzona na jej fundamentach bioelektronika, rozbiły stare, „twarde” pojęcia o Wszechświecie i świecie materialnym, głosząc m.in. iż stała jest tylko przemiana, a zatem zmiana jednej energii w inną. Nowoczesne metody obliczeniowe oraz zdjęcia różnych rejonów Wszechświata potwierdzają słowa duchowych mistrzów o tym, że jest on raczej piękną, ściśle powiązaną z różnymi jego elementami kompozycją, aniżeli tylko genialnie skonstruowaną machiną. Podobnie rzecz ma się w badaniach nad ludzką istotą, które dowiodły z kolei, że jej fizyczna i biologiczna strona podlega psychice, a materialne ciało jest „glebą” odżywiającą umysł, posiadający zdolność ustawicznego rozwoju. Człowiek, w świetle nowoczesnej nauki, jawi się zatem jako istota psychoenergetycznobiologiczna, przyjmująca, tworząca i emitująca różne, w zależności od stanu psychiki, energetyczne informacje. (Jednym z naukowych dowodów na to są tzw. zdjęcia kirlianowskie, ukazujące kolorową poświatę – aurę – wokół ludzi, różną, w zależności od generowanych w danym momencie przez badanego człowieka emocji i myśli, jak również wokół jakiegokolwiek ciała fizycznego, np. liścia, monety).
Skoro zatem człowiek jest istotą bardziej psychoenergetyczną aniżeli biologiczną, emanuje i tworzy oraz odbiera energie pod różnymi postaciami, i to zarówno energie pochodzące ze źródeł sztucznych, tworów ludzkiej pracy np. mebli, budynków, jak i od żywych organizmów. („Życie sięga poza fizyczne granice samego organizmu, ma wymiar nieskończoności w czasie i przestrzeni. Poszczególne organizmy wpływają na siebie falami biolektromagnetycznymi, zaś rolę odbiorników i nadajników tych fal spełniają nasza świadomość i podświadomość. Między żywymi organizmami istnieje ”żywa linia” elektromagnetycznej komunikacji. Organizmy stykają się swoimi polami biologicznymi nawet na dużych odległościach, przenikają się wzajemnie, oddziałują na siebie” – cytat z książki ks. prof. Włodzimierza Sedlaka pt. „Homo elektronicus”). Słowa, myśli, jakiekolwiek emocje i uczucia wyższe, jak również wynikające z nich ludzkie działania (czyny, uczynki) posiadają też swoją indywidualną, energetyczną wartość, czyli siłę, moc. Owa wartość zależna jest od stopnia ewolucyjnego rozwoju umysłu danej jednostki, od poziomu świadomości, jaki ona reprezentuje. (Najwyższą moc posiadają umysły Nauczycieli Ludzkości i duchowych Mistrzów, zdolne do manifestacji stanów i zjawisk zwanych paranormalnymi lub mistycznymi).
Oprócz siły ludzkich energii dostrzec można ich polaryzację – dodatnią lub ujemną, a mówiąc potocznie – to, czy są one pozytywne (dodatnie, przynoszące dobre rezultaty), czy też negatywne, a zatem przeciwne do pozytywnych. Najczęściej nieświadomemu tworzeniu tych pierwszych sprzyjają satysfakcjonujące, radosne czynniki zewnętrzne, tj. napływ dóbr materialnych, sukcesy w życiu i w pracy, udane związki międzyludzkie itp. Na kreację zaś umysłowych energii negatywnych mają wpływ zarówno czynniki zewnętrzne, np. brak materialnego komfortu czy satysfakcjonującego pożycia, jak i wewnętrzne, np. ból, złe samopoczucie.
Współczesna nauka dowiodła, dzięki nowoczesnej aparaturze i metodom badawczym, że istnieje wpływ emocji i myśli na zdrowie człowieka, o czym wiedzieli już starożytni, m.in. Hipokrates, którego słowa przysięgi składają dziś „świeżo upieczeni” adepci wyższych szkół medycznych na świecie, twierdził, że złość szkodzi wątrobie, lęki i strach – nerkom, smutek i przygnębienie – płucom, a przejmowanie się, zawiść i zazdrość sercu. Współcześnie ukazały się, i nadal są publikowane, liczne opracowania wskazujące na destrukcyjny wpływ negatywnych emocji i myśli oraz wynikających z nich negatywnych działań (np. złego odżywiania się) na sferę zdrowia oraz na dodatni wpływ pozytywnych uczuć i optymistycznego myślenia nie tylko na tę sferę życiową, ale również na inne sfery, jak prosperowanie i odnoszenie sukcesów życiowych. Wydany w 2009 roku w Polsce światowy bestseller amerykańskiej terapeutki Rhondy Byrne zatytułowany „Sekret” jest jednym z wielu poradników, które w niekwestionowany sposób przekonują czytelnika o korzyściach wynikających z pracy nad odchodzeniem od destrukcyjnych energii umysłu na rzecz świadomego kreowania energii pozytywnych, przynoszących pożądane zmiany w zdrowiu, prosperowaniu, zmiany na lepsze międzyludzkich relacji, jak również sprzyjających sukcesom w życiu zawodowym i osobistym. (Tytułowy sekret to nic innego, jak jeszcze do niedawna strzeżona przez osoby z wąskiego kręgu wtajemniczonych, a odkryta już przez starożytnych, tajemnica związana ze świadomym tworzeniem pozytywnych energii umysłu w celu osiągnięcia pożądanego efektu życiowego. Z bilansem psychicznych energii jest zatem podobnie jak z bilansem materialnym: im więcej dóbr materialnych i pieniędzy człowiek potrafił zgromadzić, tym bardziej może realizować swoje plany i marzenia lub zaspokajać i spełniać – w akcie dobrej woli, w akcie obdarowywania – potrzeby i pragnienia innych).
Obecnie coraz częściej dostrzega się, że bilans umysłowych energii ma dominujący wpływ na życie doczesne człowieka oraz całych społeczności. W dobie współczesnej zatem, inspiracją do budowy pozytywnego, czyli dodatniego bilansu moralnego, jest już nie tyle sprawa zbawienia swojej duszy, ile kwestia zdrowia, międzyludzkich relacji, międzynarodowych stosunków, prosperowania i odnoszenia sukcesów w każdej dziedzinie życia. Ze względu zaś na zalewające codziennie naszą planetę olbrzymie ilości negatywnej energii, w tym również wszelkiego rodzaju zanieczyszczenia, które mają destrukcyjny wpływ na kondycję Ziemi – Matki i wszystkich żyjących na niej istot, istnieje obecnie wielka potrzeba, aby każdy dorosły człowiek ujął życie w „swoje ręce” i zaczął nad sobą świadomie pracować, by tworzyć zbawczy dla naszego świata dodatni bilans psychiczny. Celem tejże pracy winno być odejście od starych, negatywnych psychoenergetycznych wzorców i postaw, w których dominuje brak tolerancji, agresja, nienawiść, zazdrość, obwinianie, narzekanie i lękanie się na rzecz budowania osobowości bardziej pozytywnych, otwartych, życzliwych, śmiałych, słowem – zdrowszych psychicznie. To przede wszystkim ludzie zdrowi, spełniający się i szczęśliwi obdarowują Ziemię dobrą energią czyniąc naszą planetę lepszym światem, natomiast ludzie chorzy (często na „własne życzenie”), agresywni, przygnębieni, roszczeniowi czy nienawidzący przyczyniają się do budowy negatywnego bilansu psychicznego, „okradając” tym samym nasz świat z energii dobroczynnej, stanowiącej fundament pod ogólnoświatowy pokój.
Jak zatem świadomie pracować, by odchodzić od destrukcyjnych energii umysłu i budować ich dobroczynny dla siebie i dla świata kapitał? Można w tym miejscu posłużyć się porównaniem zaczerpniętym z codziennego życia: jeżeli kogokolwiek boli głowa, świadomie, czyli rozmyślnie, zażywa środki przeciwbólowe. Podobnie, chociaż o wiele trudniej, ma się sprawa ze świadomym porzucaniem destrukcyjnych emocji i myśli, a pierwszym krokiem w tym kierunku winno być przechwytywanie siebie samego na ich generowaniu i próbach zastępowania ich lub likwidowania pozytywnymi energiami.
Jedną ze świadomych metod tworzenia pozytywnych energii umysłu, a zatem sprzyjającą budowaniu dodatniego bilansu psychoenergetycznego, jest medytacja. Istnieje wiele jej odmian, ale wszystkie one sprowadzają się, poprzez przerzucenie uwagi na słowo, punkt lub śledzenie oddechu, do wyciszenia strumienia myśli i emocji przepływających przez umysł w trakcie codziennego życia. Namacalnych dowodów na dobroczynny wpływ medytacji na samopoczucie, zdrowie, spokój i wygląd człowieka dostarczają długowieczni adepci jogi oraz taoizmu, jak również współczesne badania naukowe. Jej elementy odnaleźć można w terapiach różnych uzależnień, a także w leczeniu nowotworów, szczególnie w metodzie amerykańskiego onkologa Carla Simontona, jednego z twórców psychoonkologii. Najbardziej zaś spektakularnych dowodów na pozytywne oddziaływanie dobroczynnych energii umysłu, tworzonych podczas medytacji, na różne sfery życia, dostarczyło doświadczenie, którego końcowy rezultat nazwano „efektem Maharishiego”. (Maharishi Mohesh Baba, zmarły w 2009 roku w wieku 90-ciu lat hinduski jogin, a zarazem matematyk po Uniwersytecie w Indiach, twórca medytacji transcendentalnej, twierdzący, że gdyby tylko jeden procent ogółu ludzkości medytowało, wówczas na świecie zapanowałby pokój). Oto co na temat tego efektu można wyczytać w Internecie: „W 1974 roku zaobserwowano w wielu miastach USA, że osiągnięty w medytacji stan wyciszenia u pewnej liczby ludzi udziela się innym członkom grupy; (…) nazwano to ”efektem Maharishiego”. W 1978 roku naukowcy współpracujący z Maharishim postanowili pójść dalej i sprawdzić, czy zjawisko koherencji fal (spójności fal – wyjaśnienie własne), znane w laserze, występuje w działaniu fal mózgowych, i czy efekt medytacji grupy da wynik spotęgowany do kwadratu. Udało się zebrać 300 osób, które wspólnie medytowały przez 3 miesiące w najmniejszym stanie USA. Statystyczne obserwacje wykazały, że wśród miliona mieszkańców Rhode Island o połowę zmniejszyła się ilość samobójstw, wypadków drogowych i ciężkich przestępstw. Służba zdrowia miała mniej pracy, a nawet zmalała liczba zgonów”. W oparciu o uzyskane podczas medytacji rezultaty powstało na świecie wiele grup medytacyjnych, które wykorzystując dobroczynne energie wytworzone w trakcie jej praktykowania, przyczyniają się do budowy pozytywnego bilansu dla poprawy warunków na naszym świecie, m.in. likwidując zanieczyszczenia naturalnego środowiska Ziemi – Matki.
W tym miejscu warto też zacytować wypowiedź prof. Richarda Davidsona, neurologa z Uniwersytetu Wisconsin, który przez kilka lat przeprowadzał badania nad medytacją we współpracy z tybetańskimi mnichami: „Wystarczyłoby byśmy kilka minut dziennie poświęcili na medytację i skupienie oraz na to, by życzyć sobie i innym szczęścia. Nie chodzi nawet o modlitwę, ale o konkretne ćwiczenia duchowe. Nie zajmie nam to zbyt wiele czasu, choć im więcej go poświęcimy, tym lepsze osiągniemy rezultaty. Praktyka medytacji uaktywnia te sfery mózgu, które odpowiadają za pozytywne emocje, jak współczucie, altruizm czy szczęśliwość”. Potwierdzeniem rezultatów badań nad medytacją uzyskanych przez zespół prof. Davidsona są badania dr Sary Lazar z Harwardzkiej Szkoły Medycznej. Posługując się techniką rezonansu magnetycznego udowodniła ona, że pod wpływem codziennych ćwiczeń medytacyjnych powiększa swoją grubość kora mózgowa, czyli ta część mózgu odpowiedzialna za wyższe procesy psychiczne, jak pozytywne emocje, uczucia wyższe, poczucie szczęścia.
W kontekście powyżej przedstawionego tekstu na temat psychoenergetycznego bilansu i jego efektach w zależności od tego, czy jest dodatni czy ujemny, można rozpatrzyć sprawę katastrofy prezydenckiego TU – 154 pod Smoleńskiem. Jej praźródło, jak uważam, związane jest ze zbrodnią katyńską, sięga już zatem 70-ciu lat. Zbrodnia ta, w której zginęło kilkanaście tysięcy osób stanowiących elitę oficerską i intelektualną Polski, wywołała ogromną falę cierpienia nie tylko samych mordowanych, ale również ich rodzin, krewnych, przyjaciół, znajomych. Wywołała gniew tysięcy ludzi i to nie tylko w Polsce. Wzbudziła również inne negatywne emocje i myśli, będące podstawą gry politycznej wśród zachodnich sojuszników walczących z III Rzeszą na wszystkich frontach II wojny światowej, a obawiających się reakcji ówczesnych władz ZSRR na ujawnienie prawdy o dokonanej przez nie katyńskiej zbrodni. Tłamszona przez zachodnie rządy (zwłaszcza Wielkiej Brytanii i USA), a potem przez kolejne rządy państw socjalistycznej wspólnoty o niej prawda potęgowała gniew i złość tych, którzy ją znali i byli za to prześladowani, co wzmacniało i tak ogromy już ujemny bilans psychoenergetyczny. Gdy prawda o Katyniu zaczęła wychodzić na światło dzienne (już w latach 80. XX wieku w ZSRR za czasów prezydentury M. Gorbaczowa, który ujawnił pierwsze akta związane z tą zbrodnią i z jej powodu wyraził ubolewanie), nadal dokładano do tego bilansu, m.in. poprzez żądania kolejnych polskich władz – zwłaszcza reprezentujących konserwatywno-prawicowe poglądy – zadośćuczynienia i rozliczenia rosyjskiego narodu z katyńskiej zbrodni. Polski naród, utrzymywany przez konserwatywno-prawicowe stronnictwa w poczuciu krzywdy, w żalach, urazach i pretensjach, nie potrafiąc wybaczyć po 70-ciu latach owej zbrodni (mimo że chrześcijański, a zatem winien być zgodny z naukami Chrystusa o wybaczaniu), wciąż dorzucał do ogromnego „gmachu” negatywnych energii psychicznych, związanych z miejscem zbrodni polskich oficerów i intelektualistów. Zwłaszcza w ostatnich latach, za prawicowych rządów, gdy było możliwe otwarte mówienie o tej zbrodni i organizowanie w jej miejscach różnych uroczystości, strona polska kierowała ku Rosjanom coraz większe roszczenia, w odpowiedzi na co strona rosyjska nie pozostawała dłużna, tym samym dalej wzmacniając negatywny bilans umysłowych energii związanych z Katyniem. Nikt z rządzących sił prawicowych, jak również nikt z polskiego duchowieństwa katolickiego nie potrafił nawet wspomnieć o wybaczeniu, które jako akt dobrej woli (wyższych energii psychicznych) częściowo przyczyniłoby się do zneutralizowania ogromu tego bilansu. A ponieważ w naszym świecie nic nie może rosnąć w nieskończoność, tak i ten nadmiar negatywów, podobnie jak wrzód na ciele, musiał „pęknąć”. (Jednym z efektów „pęknięcia nabrzmiałego wrzodu”, zbudowanego z negatywnych energii psychicznych, jest konflikt zbrojny, wojna). W tym przypadku, ze względu na olbrzymi ujemny bilans psychoenergetyczny związany z Katyniem, który ujawnił się poprzez zbieg różnych niesprzyjających okoliczności i sytuacji, w tym również pogodowych, zakończyło się to katastrofą prezydenckiego samolotu. (Tak naprawdę, fatalne warunki pogodowe plus ostrzeżenia załogi polskiego samolotu lądującego wcześniej przed prezydenckim plus zaniechanie lądowania rosyjskiego IŁ-a na smoleńskim lotnisku tuż przed polskim TU-154, to wszystko wręcz „krzyczało”, żeby nie lądować. „Komu bóstwa przeznaczyły, że go klęska dotknie [w wyniku nagromadzonych negatywów – przypis autora], temu rozum odbierają i widzi odwrotnie” – ta stara sentencja z Upaniszad, świętych ksiąg starożytnych Indii, przybliża, jak uważam, zrozumienie tragedii, jaka rozegrała się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem). Po katastrofie prezydenckiego Tupolewa pojawiły się liczne głosy ze strony polityków o poprawie stosunków polsko-rosyjskich i zacieśnieniu współpracy między obydwoma krajami, m.in. w sprawie wyjaśniania zbrodni katyńskiej.
Niestety, tylko przez tydzień żałoby po śmierci 96-ciu ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu polski naród był zjednoczony. To co działo się potem, m.in. za sprawą krzyża na Placu Prezydenckim, jest budowaniem przez polski naród kolejnego negatywnego bilansu umysłowych energii, który wcześniej lub później, jeżeli nie zostanie świadomie zneutralizowany przez pozytywne energie psychiczne, będzie musiał znaleźć ujście, a zatem zakończyć się tragicznie dla jednej ze skonfliktowanych stron. A jak ujawnia bogata w konflikty historia ludzkości, w którą obecna społeczność ma coraz to większy wgląd, wobec czego winna wyciągać coraz dojrzalsze wnioski, stroną, dla której z reguły źle kończy się konflikt jest ta, wywołująca go, podjudzająca do jego dalszej eskalacji i bardziej agresywna, obnażająca zatem swój prymitywizm (obnażająca swoje „pazury i kły”), a tym samym brak pokojowego rozwiązania konfliktu, rozwiązania stojącego na szczeblach umysłowego rozwoju wyżej od agresywnego. Taka postawa jest przeciwstawna ewolucyjnym prawom rozwoju i jako niezgodna z nimi, dzięki istniejącym w Absolucie „mechanizmom”, prędzej lub później musi zniknąć.
W półrocznicę katastrofy polskiego TU-154 pod Smoleńskiem, w niedzielę 10.10.2010 roku, w jej miejsce udała się pielgrzymka 50-ciu rodzin ofiar tej tragedii. Pielgrzymujący mieli wracać do Polski tego samego dnia wieczorem, lecz ze względu na awarię silnika samolotu, pozostali na miejscu w oczekiwaniu na następny. Pilot drugiego samolotu, podstawionego w zastępstwie, stwierdził podczas lotu po pielgrzymujące rodziny, że również i ta podniebna maszyna ma defekt. Co prawda niewielki, ale, jak powiedział pilot, by nie wzbudzać „prawa serii”, czyli by nie doszło do kolejnej tragedii, powracający do kraju pozostali na miejscu oczekiwania do następnego ranka, skąd zabrały ich sprawne już dwa samoloty. Czym jest „prawo serii”, o którym wspomniał pilot uszkodzonego samolotu, jak nie konsekwencją nie do końca zneutralizowanego lub na nowo wytworzonego w jednej i tej samej sprawie negatywnego bilansu umysłowych energii. Czy napad ze skutkiem śmiertelnym na klub PiS w Łodzi w dniu 19 października 2010 roku nie jest tragiczną konsekwencją tego, co przez pół roku „zasiano” w kwestii katastrofy polskiego TU-154 pod Smoleńskiem? („Kto wzbudza wiatr, dostaje wichurę. Kto tworzy chmury – dostaje burzę”).
Czy nie warto zatem, będąc w posiadaniu wiedzy o sprawczym działaniu umysłowych energii oraz dysponując „narzędziami” potrzebnymi do kształtowania swojego życia dzięki wykorzystaniu ich mocy, doskonalić się w kierunku tworzenia dodatniego bilansu psychoenergetycznego? Czyż nie czas już na zmianę w mentalności, m.in. Polaków, by jako ludzka społeczność, od zarania cywilizacji doświadczona niezliczoną ilością konfliktów, wojen, tragedii, katastrof i ogromem cierpienia, porzucić atawistyczne (prostackie) negatywy na rzecz budujących pokój pozytywów?

Z życzeniami pomyślności w tworzeniu dodatniego psychoenergetycznego bilansu podczas trudów każdego dnia

BOGDAN TRAWKOWSKI
Poznań, dnia 19.10.2010 r.

KONIEC (NASZEGO) ŚWIATA – KONIEC PATRIARCHATU

Przepowiednie i proroctwa towarzyszą ludzkości od zarania dziejów. Z reguły były one negatywne – głosiły rychłą śmierć różnych osobistości, zagładę królestw, imperiów, a nawet koniec świata. O czekającym nas końcu świata mówi wiele starożytnych ksiąg, w tym również Biblia. Na przestrzeni tysiącleci koniec świata obwieszczali prorocy, jasnowidzący i wieszcze z różnych kultur i obszarów naszej planety, począwszy od królowej Saby – Makedy, poprzez Nostaradamusa, a kończąc na współczesnych jasnowidzących, jak słynna Bułgarka Baba Wanga. Znany sceptyk i krytyk zjawisk paranormalnych, James Randi, w swoich badaniach nad różnymi przekazami doliczył się tylko na czas po Chrystusie 44 przepowiedni głoszących koniec naszego świata. Wiele z tych wizji i katastroficznych proroctw przypadło na czasy współczesne. Związane jest to z przełomem tysiącleci, w które wkroczyliśmy po 2000 roku oraz z zapisaną w Wielkim Kalendarzu Majów ostatnią datą: 21.12.2012 roku. Splot tychże zwiastunów przez niektórych badaczy został zinterpretowany jako zbliżający się koniec świata. Istnieją jednakże odmienne naukowe, a także filozoficzne, religijne i ezoteryczne opinie oraz teorie, sprowadzające ową datę do końca pewnej epoki i początku nowej. Kto ma rację? Czy rzeczywiście ludzkość doby współczesnej czeka nieuchronny koniec egzystencji na Ziemi wywołany jakimś potężnym kataklizmem lub nuklearną wojną, czy też znajdujemy się w niezmiernie ważnym punkcie dziejów naszej planety, na przełomie dwóch wielkich epok? W niniejszym artykule, opartym na pisanych źródłach oraz na własnych przemyśleniach i osobistym wglądzie, postaram się udowodnić, że za przepowiedniami o końcu naszego świata kryje się kres dominacji patriarchatu i jego struktur, po którym ludzka społeczność wejdzie w epokę większej niż dotychczas harmonii i równowagi.

Do najstarszych, znanych nam przepowiedni związanych z końcem świata należą proroctwa Makedy (wg innych tradycji było jej na imię Michalda), królowej Saby – starożytnego królestwa położonego w okolicach granicy dzisiejszego Egiptu i Sudanu. W swoich proroctwach ukazała ona żydowskiemu królowi Salomonowi (około IX w. p.n.e.) wizję przyszłości świata aż do czasów jego końca. Jedna z jej przepowiedni miała głosić, że przypadnie on w momencie upadku Rzymu. Jak wiemy dziś z historii potęga Rzymu, a wraz z nim całego jego imperium, legła w gruzach w V w. naszej ery, co wiązało się z końcem świata starożytnego i początkiem średniowiecza. Z powyższego przykładu można wysnuć wniosek, że dla wieszczącego w starożytności „koniec świata” oznaczał koniec epoki, w której on żył, w tym przypadku epoki starożytnej.
Pozostając przy starożytnych przepowiedniach głoszących koniec świata, należy wspomnieć o Objawieniu św. Jana, zawartym na końcu Nowego Testamentu. Tekst ów, zwany Apokalipsą i przypisywany apostołowi Janowi, jest niezmiernie trudny do jednoznacznego zinterpretowania, nasycony jest bowiem licznymi słowami – symbolami (np. Baranek, Antychryst, Bestia, Jeźdźcy Apokalipsy, smok, pieczęcie, lew, trąby) oraz liczbami, z których najbardziej eksponowane są: 3, 4, 7, 666. Z tej racji, od ponad tysiąca lat, liczni badacze Objawienia bardzo różnie interpretowali zawarte w niej informacje. Część z nich uważała, że wizja apostoła Jana dotyczyła Cesarstwa Rzymskiego i jego upadku. Większość jednak jest zgodna co do tego, że Apokalipsa jest przekazem na okres nam współczesny, dotyczącym czasów ostatecznych, w których nadejdzie Antychryst a wraz z nim nastąpi koniec świata. Mowa jest w niej m.in. o spalonej ziemi, zamianie wody w morzach w krew, zatruciu życiodajnych źródeł, zaćmieniu ciał niebieskich, ataku szarańczy i masakrze dokonanej przez 200 mln zbrojnych, w których zginie jedna trzecia ludzkości. Ostatecznie jednak ma zwyciężyć Słowo Boże i dobro, a na Ziemi zapanuje tysiącletni pokój – Millenium, po którym znów, tym razem na krótko, pojawi się szatan. W ostatniej walce i on zostanie pokonany i na wieczność uwięziony w otchłani.
Nasilenie przepowiedni związanych z końcem świata nastąpiło na przełomie 1000 i 1001 roku, niosąc za sobą obłędny strach i chaos, co przejawiło się we wzroście zarówno antyreligijnych jak i religijnych praktyk, jak również epidemii, wojen i wstrząsów społecznych tworzących dramatyczne tło ówczesnych czasów.
Do niezwykle zagadkowo brzmiących przepowiedni związanych z końcem świata okresu średniowiecza należy proroctwo św. Malachiasza. Ten żyjący w XII wieku irlandzki biskup katolicki określił kolejnych papieży zasiadających na Piotrowym tronie po jego śmierci i przypisał do nich odpowiednie, symbolizujące ich słowa. Twierdził, na podstawie swoich wizji, że koniec świata nastąpi wówczas, gdy w Watykanie zasiądzie papież, który przybierze imię Piotra II Rzymianina. W opinii badających przepowiednie Malachiasza, Benedykt XVI jest ostatnim papieżem przed Piotrem Rzymianinem, a zatem koniec świata przypisywany w okresie pontyfikatu tego Piotrowego następcy ma nastąpić w czasach nam współczesnych. Proroctwo irlandzkiego biskupa potwierdza wizja papieża Piusa X (1903-1914), której doznał podczas swojego pontyfikatu. Ten Ojciec Święty, dzieląc się informacją na jej temat miał stwierdzić: „Bracia, widziałem Rzym skąpany we krwi księży i biskupów, widziałem któregoś z papieży jak w ucieczce rzuca się do wypełnionego zwłokami Tybru. Ujrzałem nasze świątynie w gruzach i wiernych, którzy je podpalają…”
Żyjący w latach 1503 – 1566 Nostradamus, uważany przez współczesnych historyków za największego proroka wszech czasów, również przepowiadał koniec, a właściwie zagładę świata. Odnosząc się do jego przepowiedni, które zawarł w tzw. centuriach, ich interpretatorzy zwracają uwagę na fakt, iż wiele zagrożeń pod postacią kataklizmów i wojen przypada na obecny czas, jednakże nie odnoszą się one do zagłady wszelkiego życia na Ziemi, dla całej planety. Wiele z jego przepowiedni, takich jak: dojście do władzy Napoleona, dyktatura i upadek Hitlera oraz Mussoliniego, wybuch obydwu wojen światowych, wynalezienie i zastosowanie bomby jądrowej, zamach na J.F Kennedy’ego, lądowanie na Księżycu, śmierć księżnej Diany, zamachy terrorystyczne w USA i zniszczenie wież World Trade Center, rzeczywiście sprawdziło się. Jeśli chodzi o koniec życia na Ziemi, Nostradamus sytuuje go dopiero na rok 3797, a zatem za ok. 1800 lat.
Wiele wizji końca świata zostało stworzonych przez wyznawców różnych religii i ich odłamów. W szczególności dotyczy to judaizmu i chrześcijaństwa, dwóch religii połączonych Starym Testamentem. Już pod koniec średniowiecza pojawiły się głosy biblistów, że w Starym Testamencie znajduje się zakodowana informacja o końcu świata. Jednym z pierwszych, który uważał, że dostrzegł tę informację, był jej tłumacz na język angielski – John Wicklif. Według jego spostrzeżeń miał on nastąpić w roku 1400. Kolejnym piewcą końca świata schyłku średniowiecza był katolicki teolog Wincenty Ferreriusz, według którego miało to nastąpić w 1412 roku. Leowitius z kolei, teolog i myśliciel chrześcijański, prorokował kres świata na rok 1584. Kolejny badacz Biblii, Winston, doszedł do wniosku, że konkretną datą w niej zapisaną jest rok 1714. Mikołaj z Kuzy, jeden z najświatlejszych umysłów nowożytnej nauki, spodziewał się końca świata pomiędzy rokiem 1700 a 1734. Zaś dziewiętnastowieczny teolog i myśliciel anglikański, Edward Irving, oczekiwał końca świata w roku 1835. Od jego nazwiska powstał nawet nurt religijny – irvingianizm. Z kolei od nazwiska XIX-wiecznego pastora i badacza Biblii Williama Millera, wziął nazwę kolejny odłam religijny zwany milleryzmem. Milleryści byli przekonani, że w roku 1844 nastąpi Drugi Adwent, czyli ponowne widzialne przyjście Chrystusa na Ziemię, co zapoczątkuje ciąg wydarzeń ostatecznych i koniec świata. Gdy wyznaczona przez Millera data Drugiego Adwentu minęła bez zapowiedzianego przyjścia, większość millerystów odstąpiła od swojego proroka i zapoczątkowała ruch adwentystowy. Jego członkowie wierzyli w ponowne przyjście Chrystusa na Ziemię i związany z tym koniec świata, nie określając tego jednak w czasie.
Charles Taze Russell, amerykański kaznodzieja i reformator religijny żyjący na przełomie XIX i XX wieku, założyciel Międzynarodowego Stowarzyszenia Badaczy Pisma Świętego, wskazywał na rok 1914, przewidując tym samym wybuch I wojny światowej, jako na „początek końca wydarzeń ostatecznych”. Badacze Pisma Świętego uważają, że wojna ta właściwie nadal trwa i zapoczątkowała koniec dziejów ludzkości. Świadkowie Jehowy z kolei głosili jeszcze kilkadziesiąt lat temu, że końca świata należy spodziewać się w 1975 roku. Co istotne dla naszych rozważań, w ich rozumieniu „koniec świata” i „koniec ludzkości” to dwa różne terminy.
Światowej sławy jasnowidzący Edgar Cayce (1877-1945), zwany „śniącym prorokiem” (w transie stawiał chorym diagnozy, radził jak pokonać choroby), ujawniał swoje wizje dotyczące przeszłości i przyszłości Ziemi. Część jego przepowiedni rzeczywiście się spełniła, nie sprawdziły się natomiast te najbardziej katastroficzne, takie jak wielkie trzęsienie ziemi w Ameryce i wybuch w 1999 roku trzeciej wojny światowej prowadzącej do zagłady naszej cywilizacji.
W drugiej połowie XX wieku indiański mistyk ze szczepu Chippewa – Słoneczny Niedźwiedź (1929-1992), bazując na własnych i tradycyjnych proroctwach rdzennych mieszkańców Ameryki, przepowiadał, że na skutek wyniszczającej ekspansji cywilizacji naukowo – technicznej, około 2000 roku Ziemia zbuntuje się i zapadną się wszystkie miasta. Radził, że jeżeli ludzkość chce przetrwać kataklizmy, powinna rozwijać się duchowo, żyć bardziej świadomie, mniej konsumpcyjnie i egoistycznie oraz zacząć szanować swoje środowisko życia, a nie je tylko wyzyskiwać.
W podobnym tonie, jak indiański mistyk przepowiadała koniec świata znana wizjonerka XX wieku Ruth Montgomery. W swej książce „Zwiastun Nowej Ery” prorokowała, iż na skutek przebiegunowania Ziemi powstanie ogromna fala przypływu w oceanach, która pochłonie olbrzymie obszary lądu (m.in Wyspy Brytyjskie, Holandię, Japonię i Kalifornię), a na pozostałych obszarach wystąpią liczne trzęsienia ziemi oraz potężne huragany. Ten zapowiadany na drugą połowę 1999 roku kataklizm przetrwać miały tylko osoby reprezentujące wyższy poziom rozwoju duchowości.
Skoro nadmieniłem już o wielowiekowym przekonaniu głoszącym, że Stary Testament, a w szczególności 5 jego pierwszych ksiąg zwanych Torą lub Mojżeszowym Pięcioksiągiem (na ich tekstach opiera się judaizm), zawiera informację o przeszłych i przyszłych losach naszego świata, należy tę kwestię przedstawić szerzej. Przeświadczenie o kodzie zawartym w Biblii spędzało w przeszłości sen z powiek wielu jej badaczom i naukowcom. Jednym z nich był słynny XVIII – wieczny uczony Izaak Newton, odkrywca prawa powszechnego ciążenia, który miał tak dużą obsesję na punkcie owego kodu, że aby badać Torę w oryginale nauczył się języka hebrajskiego, po czym przez całe dziesięciolecia ślęczał nad jej wersetami, by odkrywać tajemnicę przyszłych losów świata. Na starość, nic nie odkrywszy, zdziwaczał i umarł otarłszy się zaledwie o wielką zagadkę. W 150 lat po nim Iwan Panin, matematyk i erudyta znający antyczne języki, odkrył, że Torą rządzą matematyczne prawidłowości. Owe zaskakujące prawidłowości dostrzegł również na początku lat 40. XX wieku rabin z Pragi, Michael Weissmandel. Ponieważ sprawa z kodem Biblii stała się głośna, przetrwała do czasów nam współczesnych, kiedy to do poszukiwań ukrytych w nim przekazów można było zaangażować komputery. Człowiekiem, który wielowiekowe przekonania o ukrytym w Torze kodzie zamienił właściwie w pewność i w końcu, posługując się najnowszym sprzętem komputerowym go przełamał, jest izraelski matematyk Elijahu Ripes. Razem ze współpracownikami, dziennikarzem Michaelem Drozninem (wydał w 1997 roku książkę pt. „Kod Biblii”) i fizykiem Doronem Witztumem, używając specjalnych technik i komputerowych programów potwierdził on wcześniej znalezione matematyczne prawidłowości oraz znalazł zależności pomiędzy hasłami (słowami kluczowymi) a sensownymi do nich odniesieniami. Za przykład może służyć słowo „hitler”, które w biblijnym kodzie sąsiaduje ze słowem „nazim”. Inne przykłady: hasło „einstein” jest w bezpośredniej bliskości ze słowami „teoria względności”, „kennedy” – z „umrze w dallas”, „szekspir” – z „makbet i hamlet”, a obok wyrazu „komputer” wyłowione zostało zdanie: „prawda ukryta w słowach”. Ripes i jego współpracownicy, przeświadczeni o zakodowanych w Torze realnych zagrożeniach i prawdziwych informacjach, bezskutecznie ostrzegali izraelskiego premiera Icchaka Rabina, gdy odkryli w pobliżu jego nazwiska słowa „zabójca i zamach” oraz datę 5756 rok, co zgodnie z kalendarzem gregoriańskim odpowiada 1995 roku. Premier Izraela nie uwierzył w to, że zapowiedź jego śmierci można odczytać z tekstu Tory i zginął w zamachu w listopadzie 1995 roku. Z kolei poszukiwania zakodowanego w Mojżeszowym Pięcioksiągu ostrzeżenia przed trzecią wojną światową lub zagładą nuklearną przyniosły pozytywne rezultaty pod postacią konkretnych dat. Pierwsza data to rok 5760, która według naszego kalendarza oznacza rok 2000, a druga – to rok 5766, czyli 2006 rok według zachodniej rachuby. Obie te daty, jak wiemy, mamy już za sobą. Co stało na przeszkodzie, że się nie sprawdziły? Odpowiedzi na to pytanie udzielam na dalszych stronach niniejszego tekstu.
Natomiast w tej jego części, poświęconej wizjonerom i prorokom wieszczącym koniec świata, nie sposób nie wspomnieć o Baba Vandze (1911-1996), bułgarskiej jasnowidzącej, która celnością swoich przepowiedni i trafnością w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek „rzuciła na kolana” komunistycznych materialistów z całego niemalże obozu socjalistycznego. Wangelija Pandewa Dimitrowa – bo tak brzmiało jej prawdziwe nazwisko, w 1926 roku straciła wzrok, lecz dopiero w 1941 roku ujawniła swój dar jasnowidzenia opowiadając ludziom z okolic swojego zamieszkania, co spotka ich w przyszłości, jak również stawiając chorym diagnozy i przepisując odpowiednie zioła. Od tego czasu, aż do jej śmierci, dom Wangi w bułgarskim Petric był odwiedzany przez tysiące ludzi, w tym również przez osoby reprezentujące władzę, jak car Borys III, a później przez oficjeli komunistycznego rządu Bułgarii. Bułgarskiej jasnowidzącej przypisuje się przepowiednie dotyczące śmierci Stalina, katastrofy w Czarnobylu, rozpadu ZSRR, zatopienia okrętu podwodnego „Kursk” oraz zamachu na wieże World Trade Center w Nowym Yorku. Odnośnie najbardziej interesującego nas, najbliższego nam czasu, przepowiedziała na 2010 rok wybuch III wojny światowej, po której tragicznym przebiegu z użyciem broni jądrowej włącznie, zapoczątkowana zostanie nowa, wspaniała era w dziejach ludzkości. Nie ma w jej proroctwach wizji końca świata, jest natomiast wizja zagłady Ziemi, przewidywana przez nią na 3797 rok, czyli na ten sam czas, który prorokował Nostradamus. Ludzkość jednakże, dysponując odpowiednio wysoką techniką, przed tą totalną katastrofą opuści na statkach kosmicznych swoją rodzimą planetę i osiądzie na innej.
W okresie wkraczania w nowe tysiąclecie, w okolicach przełomu XX i XXI wieku mogliśmy zaobserwować kolejne nasilenie niepokoju i wzrost liczby przepowiedni zwiastujących koniec naszego świata. Wiara w spełnienie się katastroficznych wizji związanych z rokiem 2000 spowodowała, że członkowie kilku apokaliptycznych sekt dokonali aktu samounicestwienia. W 1978 roku ponad 900 członków Świątyni Ludu (w tym także dzieci) na rozkaz przywódcy tej sekty, Jima Jonesa, popełniło samobójstwo przez zażycie cyjanku. W 1993 roku David Coresh, przywódca Szczepu Dawidowego, skłonił do odebrania sobie życia 86 osób przekonując, że w obliczu zbliżającego się końca wspólna śmierć będzie początkiem nowego, lepszego życia. Z kolei na przełomie XX i XXI wieku ponad pół tysiąca członków Ruchu na Rzecz Przywrócenia Dziesięciu Przykazań Bożych z Ugandy dokonało aktu samospalenia. Stan zagrożenia, doświadczenie kruchości egzystencji oraz zachwiane poczucie sensu i związane z nimi lęki wykorzystały nie tylko sekty, ale także różne Kościoły jako okazję do przyciągnięcia nowych wyznawców. Pod koniec 1999 roku na ulicach polskich miast można było spotkać ludzi różnych wyznań, rozdających ulotki z ofertą zbawienia przed końcem świata. Każda ulotka reklamująca dany Kościół przekonywała, że tylko wstąpienie do niego może zapewnić zbawienie, co stanowiło dla agitowanych osób nie lada kłopot. Przed Sylwestrem 1999 roku Kościół Mormonów ogłosił, że zamknął listę nowych wyznawców a osoby, którym nie udało się zapisać, utraciły szansę na zbawienie.
Jedną z głośnych medialnie osób, przepowiadających z kolei zagładę świata na 2011 rok, był samozwańczy prorok Harold Camping, który o swoich przepowiedniach opowiadał na antenie kalifornijskiego Radia Family, rozgłośni o religijnym charakterze. Ów amerykański kaznodzieja swoje apokaliptyczne wizje również opierał na dawnym przekonaniu głoszącym, że w Starym Testamencie zawarta została informacja na temat dokładnej daty końca świata. Na podstawie własnej interpretacji Księgi Rodzaju oraz przy pomocy matematycznych obliczeń Camping, jak osobiście uważał, dokonał odkrycia dokładnej daty, która zapoczątkuje Sąd Ostateczny na Ziemi. W wyniku jej olbrzymiego trzęsienia, jakie miało nastąpić 21.05.2011 roku dokładnie o godzinie 18.00, miał zostać zniszczony świat do tego stopnia, że tylko 2% ludzkości miało przeżyć zagładę i dzięki temu uzyskać zbawienie. Ponieważ prorokowana przez niego wielka apokalipsa nie spełniła się, przyznał się do błędu i przesunął jej datę na 21.10.2011 roku. Jak dziś wiemy i ta data okazała się „niewypałem” ale co najgorsze, choć kaznodzieja ów przepowiadał już wcześniej koniec świata na 1994 rok, do dziś nie brakuje osób, które wierzą w jego proroctwa. Wielu Amerykanów ufając, że Camping ma rację i licząc na szybkie zbawienie, wyprzedało swój majątek i porzuciło rodzinę.
Największa jednakże jak do tej pory eskalacja obaw przed kresem naszego świata wiąże się z końcem 2012 roku, nad którym to ciąży ogromna chmura skumulowanych, katastroficznych wizji. Wiele kontrowersji budzi graniczna data 21.12.2012 kończąca Wielki Kalendarz Majów, co niektórzy badacze interpretują jako koniec świata. Wielu orędowników tej tezy być może nie wie, że istnieją także inne kalendarze tego indiańskiego ludu, wskazujące na czasy tak odległe, jak na przykład rok 4772. Współcześnie żyjący potomkowie Majów, jak szaman i członek starszyzny plemienia Apolinario Chile Pixtun, uważają tę katastroficzną przepowiednię za nonsens, a pogląd ten potwierdzają badacze kultury Majów z australijskiego La Trobe University, wskazując raczej na początek nowego etapu dziejowego czy epoki. Także uczeni z rejonu Meksyku, czyli terenu będącego kolebką kultury Majów, uważają, że wspomniana data ma znaczenie symboliczne, podobne do końca naszego roku.
A zatem, dlaczego w przeszłości, a zwłaszcza obecnie tyle przepowiedni o końcu naszego świata, które na szczęście nie sprawdziły się? Warto zwrócić uwagę, że sama wiara i przebłyski wyższych poziomów świadomości nie wystarczą, aby dostąpić prawdy na temat przyszłości. Wielu wizjonerów, przepowiadając katastroficzne wizje było w stu procentach przekonanych, że muszą się one spełnić, bo jak uważali, otrzymali przekaz od samego Boga. Część przepowiadających niekiedy wręcz apokaliptyczną przyszłość to osoby bardzo obciążone własnymi negatywnymi myślami i emocjami, z których się nie oczyściły. Uważam, że wizje nieoczyszczonych czy „nawiedzonych” głosicieli prawdy są najczęściej odbiciem, projekcją ich własnych negatywnych emocji, skumulowanych w ich podświadomości. Niektórzy wizjonerzy, widząc wiele zła na naszym świecie, podświadomie wręcz pragnęło jego końca, co znalazło swoje odbicie w katastroficznych przepowiedniach. A może przepowiednie końca świata związane są zupełnie z innym tematem, mają funkcję symboliczną, bo jeżeli najwięksi prorocy i wizjonerzy przepowiadają zagładę świata w bardzo odległej przyszłości (Nostradamus i Baba Vanga zgodnie sytuują ją na ok. 3797 rok), to co może kryć się pod pojęciem kresu naszego świata?
Otóż przede wszystkim należy rozróżnić dwa podobne w swoim znaczeniu sformułowania: „koniec świata” od „zagłady świata” („zagłady ludzkości”). O końcu, kresie świata głosili z różnych jego zakątków prorocy i prorokinie, wróżbici i wieszcze różnych okresów dziejów ludzkości, począwszy od starożytności, a kończąc na czasach współczesnych. Trzeba pamiętać, że głoszący koniec świata, często dodając do tego sformułowania przymiotnik „naszego”, byli przedstawicielami okresu historii ludzkiej społeczności zwanej patriarchatem. Wieszcząc koniec naszego świata najczęściej ogłaszali, nie będąc tego w pełni świadomi, kres pewnego etapu ludzkich dziejów, w tym również patriarchatu. Za przykład niech służą wymienione już wcześniej proroctwa królowej Saby, Makedy, w których zawarła wizję zwiastunów końca świata wraz z upadkiem Rzymu. Po jego upadku w V wieku faktycznie nastąpił „koniec świata”, lecz dotyczył on kresu świata starożytnego, po którym ludzka społeczność weszła w średniowiecze. Zagładę świata natomiast należy rozumieć jako unicestwienie wszelkiego życia na Ziemi wraz ze zniszczeniem samej planety. Tę wizję zwiastowało zgodnie, czyli na ten sam czas (rok 3797), dwoje największych jasnowidzących: Nostradamus i Baba Vanga.
Na to, że wyrażenie „koniec świata” nie ma nic wspólnego z zagładą świata (ludzkości), świadczy też pewien fakt. Otóż wszelkie proroctwa głoszące koniec świata, zarówno Apokalipsa św. Jana, jak i proroctwa Indian czy ludów Dalekiego Wschodu, posiadają jeden wspólny mianownik – po kresie naszego świata ma nastąpić na Ziemi pokój, porządek, sprawiedliwość i rozwój nowej ludzkiej społeczności. Ten aspekt szczególnie podkreślają wizje Dalekiego Wschodu, które cechuje większy optymizm i łagodność od tych z zachodniego kręgu kulturowego. I tak na przykład, wyznawcy hinduizmu twierdzą, że najgorsza z epok, za którą uważa się naszą współczesną, zwana Wiekiem Żelaza, dobiega właśnie końca. Świat zmierza ku nowej erze, w której powszechnie będzie się akceptować dobro ogółu oraz sprawiedliwość. W proroctwach buddyzmu z kolei, odnajdujemy na ten czas przełomu nową wizję ludzkości, która powoli owocuje, rozsiewa się i jest zapowiedzią nowej, lepszej przyszłości. Impulsem do przebudzenia się do życia w nowej erze ma być nowy Budda, Maitreya, który ma głosić na Ziemi nową, opartą o pełną harmonię duchowość. Dalekowschodnie wizje i koncepcje przyszłości przyswoili do swoich idei wyznawcy New Age, obecny okres nazywając „Czasem Końca”, co zbiega się ze schyłkiem Ery Ryb. Wierzą oni, że dzięki praktykom duchowym i pracy na rzecz pokoju na Ziemi, przejście z Ery Ryb w nową erę, zwaną Erą Wodnika, odbędzie się w sposób łagodny.
Jak widzimy poszczególne wizje dotyczące „końca naszego świata” różnią się sposobem przejścia z owego końca do nowego początku: czy odbędzie się ono w sposób łagodny, czy w sposób katastroficzny? Wyrażenie „koniec świata” należy rozumieć zatem jako upadek patriarchalnego świata zdominowanego przez patriarchalne systemy religijne i społeczne. (Nawet w mowie potocznej często zdarza się używać tego wyrażenia – koniec świata – na określenie m.in. bardzo tragicznej sytuacji).
Posuwając się w naszych rozważaniach dalej, trzeba dodać ważne spostrzeżenie. Na podstawie źródeł historycznych oraz własnych przemyśleń i poszukiwań doszedłem do wniosku, że pod hasłem „nasz świat” kryje się świat patriarchalny, czyli okres w dziejach ludzkości, w którym dominują patriarchalne pryncypia oraz oparte na nich systemy społeczne i religijne.
Wyrażenie „nasz świat”, często podkreślane przez patriarchalnych proroków i prorokinie w kontekście jego końca, jest podobne, wręcz tożsame z wyrażeniem „nasza era”. Jak ogólnie wiadomo, punktem odniesienia dla kalendarza zachodniego kręgu kulturowego jest czas narodzin Chrystusa. (Tak zostało ustalone w średniowieczu przez wiodącą wówczas europejską potęgę, Kościół katolicki. Wyznawcy islamu z kolei liczą „swoją erę” od chwili ucieczki Mahometa z Mekki do Medyny tj. od roku 622. Dla nich obecny rok – 2012 – to rok 1434. Dla Izraelitów zaś panuje rok 5773, liczą oni bowiem czas od roku 3761 p. n. e., który uważają za początek stworzenia naszego świata. Z kolei dla Majów, twórców osławionego Wielkiego Kalendarza, świat zaistniał w 3114 roku p.n.e. Jeszcze inny rok panuje w tej chwili dla Chińczyków). O latach, wiekach i tysiącleciach przed narodzeniem Chrystusa mówi się zatem, że istniały „przed naszą erą”. Czas po Jego narodzinach uważa się za okres „naszej ery”. Mamy tutaj zatem to samo sformułowanie, lub przynajmniej podobne, jak w przypadku wyrażenia „nasz świat”. „Nasza era” określa dla zachodniego kręgu kulturowego czas panowania chrześcijaństwa, natomiast „nasz świat” należy utożsamiać z okresem dziejów ludzkiej społeczności, w której panują pryncypia patriarchatu tworzonego również przez chrześcijaństwo.
Aby zrozumieć, czym jest tak właśnie pojmowany „nasz świat”, należy sięgnąć do początków jego istnienia. Jak podają historycy i archeolodzy początki patriarchatu sięgają ok. 10 tysięcy lat, co przypada na koniec ostatniego zlodowacenia. Przed nim dominował wśród pierwotnych ludów Ziemi matriarchalny system społeczny. W strukturze matriarchatu dominowała kobieta, która była osobą nie tyle sprawującą władzę (w dzisiejszym tego słowa znaczeniu), co dzięki swojej życiowej mądrości – radzącą i opiekującą się plemieniem, szczepem, rodem i rodziną. Po ustąpieniu ostatniego zlodowacenia, gdy matriarchalne społeczności zbieracko-łowieckie poczęły przekształcać się w grupy związane z uprawą ziemi i hodowlą zwierząt, to mężczyzna, ze względu na swoją siłę fizyczną i zdolność do radzenia sobie w świecie materii, zaczął dominować w społeczeństwie. Powoli stawał się on głową rodu i archaicznej grupy społecznej, a męska dominacja znalazła swoje odzwierciedlenie w mitach, w których obok pierwotnie czczonych bogiń zaczęli pojawiać się bogowie. Adam i Ewa, jak uważają historycy – bibliści, to symboliczne postaci nowej generacji ludzkości, związanej właśnie z patriarchatem i wiarą w męskie bóstwo.
Kolejny okres związany z rozwojem patriarchatu przypada na czas ok. 6000 lat p. n. e., czyli około 8000 lat temu. Wówczas to z okolic Morza Kaspijskiego i dolnego dorzecza Wołgi nastąpiła jego ekspansja. Tereny te zamieszkiwały natenczas półkoczownicze plemiona patriarchalnych wojowników, którzy w swoich kultach ponad boginie wywyższali bogów. Współcześnie nazywa się ich Indoeuropejczykami. Tworzyli oni kulturę kurhanową, związaną z pochówkiem wybitnych męskich członków ich społeczności w kurhanach, czyli grobowcach – kopcach, będących pierwowzorem dla egipskich piramid. Systematycznie, na przestrzeni kilku tysiącleci podbili oni matriarchalne ludy zamieszkujące obszar ówczesnej Europy oraz Azji i wyznające kult Bogini – Matki. Pomimo ekspansji i rozwoju patriarchatu kobieta długo jeszcze była przedmiotem kultu i czci, a wiele bóstw miała żeńskie pochodzenie. Około 4000 – 3500 lat p. n. e., gdy powstawały miasta pierwszej patriarchalnej już cywilizacji Sumeru, boginie sprawowały władzę na równi z bogami.
Nacja żydowska jest przekonana, że nasz świat powstał dokładnie w 3761 r. p. n. e. W tym czasie zaczęły pojawiać się na terenie dzisiejszego Iraku miasta – państwa pierwszej patriarchalnej cywilizacji Sumerów, takie jak Eridu, Uruk, Ur, Nippur. Jak podaje Stary Testament, Abraham, pierwszy patriarcha żydowski, urodził się w chaldejskim Ur, jednym w najstarszych miast świata, które do ok. 1800 r. p. n. e. było ośrodkiem cywilizacji Sumerów, a następnie zostało zdobyte przez młodszą cywilizację Babilonu. Sumeryjskie Ur, w którym to prastarym mieście współcześni archeolodzy znaleźli pierwsze, zaawansowane wyroby z brązu, wraz z otaczającą go krainą, Chaldecją, przeszło pod władzę Babilonu. Data, którą nacja żydowska uważa za początek świata, czyli rok 3761 p. n. e., jest prawdopodobnie datą zaistnienia tego patriarchalnego miasta – państwa, w którym w około 2000 lat później przyszedł na świat Abraham. „Stworzenie naszego świata” w wierze żydowskiej, należy zatem bezsprzecznie łączyć z powstaniem miejsca narodzin pierwszego patriarchy żydowskiego, czyli z Ur, i początkiem zaistnienia pierwszej patriarchalnej cywilizacji, cywilizacji Sumerów, której jednym z osiągnięć było wynalezienie pisma. (Nowożytne środowisko naukowe, zdominowane przez mężczyzn, datuje powstanie naszej, ziemskiej cywilizacji właśnie od czasów Sumerów, pomijając istnienie matriarchalnych kultur).
Cywilizacja Babilonu wykreowała świat bardziej patriarchalny, aniżeli Sumerowie. Władzę i najważniejsze role pełnił w babilońskim społeczeństwie mężczyzna, chociaż jeszcze wówczas oddawało ono cześć pierwiastkowi żeńskiemu pod postacią bogini Isztar. Dopiero za sprawą mitologii hebrajskiej, a później powstałej na jej bazie religii żydowskiej, kobieta została strącona z piedestału bogini i sprowadzona do roli drugiej, gorszej płci. Wraz z wejściem w średnią epokę brązu (ok. 2000 lat p.n.e.) nastąpiła dominacja męskiego pierwiastka i jego atrybutów tj. odwaga, inteligencja, czyli umiejętność radzenia sobie w świecie materii, żarliwość i poświęcenie dla idei, siła, ekspansywność i agresja. Tak zaczęła się historia „naszego świata”, świata, którego korzenie tkwią zarówno w sumeryjskiej, jak babilońskiej i żydowskiej „glebie”.

Wracając do osławionego Wielkiego Kalendarza Majów, zwanego przez nich Tzolkin, uważam, że zapisane są w nim dzieje patriarchatu i jego koniec. Jest on jednym z trzech kalendarzy tego indiańskiego ludu, a odmierza on czas galaktyczny (konkretnie okresy co 5125 lat), związany z obiegiem Słońca i Układu Słonecznego dookoła centrum naszej galaktyki, Drogi Mlecznej, oraz z ewolucją ludzkiego społeczeństwa. Tak jak każdy kalendarz ma swój początek i koniec. „Straszna” data, 21 grudzień 2012 roku, oznacza jego zakończenie, wskazujące na koniec jednego z okresów w dziejach ludzkości, który został zapoczątkowany ponad 5100 lat temu. (Gdy kończy się nasz roczny kalendarz, czy w związku z tym mamy snuć katastroficzne wizje?). Z historii wiemy, że w tym mniej więcej czasie, czyli około 3100 lat p. n. e. , za sprawą króla Menesa dokonało się połączenie królestw Górnego i Dolnego Egiptu, w wyniku czego powstało pierwsze w okresie patriarchatu państwo z jedną stolicą – Memfis. We wcześniej powstałej od egipskiej cywilizacji Sumeru istniały już państwa, ale niewielkie i rozproszone, związane z miastami, zwane miasta – państwa, jak Eridu, Uruk i Ur, zarządzane przez osobnych władców i rywalizujące między sobą a nawet nawzajem się najeżdżające. Od momentu zjednoczenia kolejni patriarchalni władcy Egiptu zażądali nazywać siebie faraonami i od około 2700 roku p. n. e. nakazali wznosić dla siebie olbrzymie grobowce – piramidy. Jak zatem widzimy, na początku cyklu zapisanego na Wielkim Kalendarzu Majów, który kończy się wraz z datą 21.12.2012 roku, dokonała się w okresie patriarchatu rzecz, jak na tamte czasy, przełomowa. Dokonało się zjednoczenie dwóch rywalizujących do tej pory ze sobą królestw w jedno państwo, z jedną stolicą i pod rządami jednego władcy.
Kontynuując nasze rozważania, głównie dla potrzeb udowodnienia twierdzenia, że koniec świata jest w rzeczywistości końcem patriarchatu, spójrzmy jeszcze bardziej w głąb dziejów ludzkiej społeczności i zobaczmy, co było przed cyklem zapisanym na Wielkim Kalendarzu Majów. Cofnijmy się zatem w okres poprzedzający „nasz” okres, czyli w czas sprzed 3100 roku p. n. e. Jeżeli dodamy do tych lat lata galaktycznego cyklu poprzedzającego, czyli 5125 lat, otrzymamy wówczas sumę powyżej 8200 lat p. n. e. (czyli ponad 10 000 lat temu). Odwołując się kolejny raz do historii stwierdzamy, że na ten czas przypada koniec epoki lodowcowej, utożsamiany z początkiem przechodzenia pierwotnych społeczeństw z matriarchatu w patriarchat. Koniec ostatniego zlodowacenia, przypadający na początek galaktycznego okresu poprzedzającego ten, który został zapisany na Wielkim Kalendarzu Majów, był zatem – jak wynika z prostych obliczeń matematycznych – ewolucyjnym impulsem powodującym przejście z panującego do tej pory systemu matriarchalnego w patriarchat. Od tego też momentu zaczęła wzrastać rola mężczyzny w pierwotnej społeczności wykorzystującego atrybuty przynależne swojej płci, głównie siłę fizyczną i intelekt, by budować nowe, oparte na patriarchalnych zasadach systemy społeczne. Skoro zaś dwa galaktyczne cykle temu został zapoczątkowany patriarchat, a jeden cykl temu nastąpiło przełomowe w dziejach patriarchatu powstanie pierwszego zjednoczonego państwa pod jedną władzą, to na podstawie tylko tych wiadomości można wysnuć wniosek, że wraz z datą 21.12.2012 roku kończy się stary, patriarchalny cykl, a ludzka społeczność, wraz z tym końcem, stanie u progu Nowego.
Innym przykładem na fakt, że kończą się dzieje patriarchatu a nie świata,
podobnym zresztą w swojej symbolice do Wielkiego Kalendarza Majów, stanowi piramida Cheopsa. Jak powszechnie wiadomo, jest ona największym tego typu grobowcem wybudowanym temu faraonowi około 2,5 tys. lat p. n. e. Niektórzy archeolodzy i egiptiolodzy już od dłuższego czasu dopatrywali się w konstrukcji Wielkiej Piramidy ukrytego przekazu. Stosunki liczbowe i proporcje architektoniczne bowiem tej piramidy tworzą intrygujący zapis ciągły, wzrastający w wzwyż i odpowiadający około 6 tys. lat, co zgadza się z dotychczasowymi latami panowania cywilizacji patriarchatu, licząc od zaistnienia pierwszej patriarchalnej cywilizacji Sumeru. Inżynier David Davidson, badający w latach 70. ubiegłego wieku sposób skonstruowania, kształt i zawarte w niej proporcje stwierdził, że wszędzie powtarza się krotność liczby 286,1, czyli tzw. stopy, a koło u postawy liczy sobie sto razy więcej jednostek niż mamy dni w kalendarzu. Na podstawie obliczeń i symboli liczb odkryto zapisane w piramidzie ważne w dziejach ludzkości daty, m. in. rewolucji francuskiej i dwóch wojen światowych. Nas szczególnie interesuje ostatnia data (podobnie jak ostania data zapisana w Wielkim Kalendarzu Majów), jakiej zapis odkryto w piramidzie Cheopsa: 17 wrzesień 2001 rok. Data owa, opatrzona nazwą „wielki huk”, symbolizuje początek końca czegoś, co upada, kończy się z wielkim hałasem. Jak dziś wiemy, w tym prawie samym czasie, a konkretnie 11 września 2001 roku z wielkim hukiem runęły dwie wieże WTC w Nowym Jorku. Sześć dni różnicy w tak wielkim przedziale czasowym, jaki został zapisany w Wielkiej Piramidzie, nie odgrywa w tym momencie żadnej roli. (Powyższą informacją byłem niemalże zaszokowany, odkryłem ją bowiem w pierwszych numerach czasopisma „Fikcje i Fakty” wydawanego niemal 30 lat temu – a zatem na 20 lat przed zburzeniem osławionych wież – gdy dla potrzeb pisania niniejszego tekstu sięgnąłem do zawartego w tym periodyku cyklu artykułów Andrzeja Tokarczyka pt. „ Wielka Apokalipsa” poświęconego – w związku ze zbliżającym się przełomem tysiącleci – przepowiedniom głoszącym koniec świata). Biorąc pod uwagę powyższe informacje uważam, że w piramidzie Cheopsa – podobnie jak w Wielkim Kalendarzu Majów – zostały zawarte dzieje patriarchatu, którego koniec, albo raczej początek końca zwiastował upadek wież WTC, symbolu zdegenerowanego systemu, w którym 2 mld ludzkości głoduje (podczas gdy na przeciwległym biegunie znajdują się tak liczne rzesze ludzi otyłych w wysoko rozwiniętych państwach, że ogłoszono w nich epidemię otyłości), a 80% ogólnoświatowego kapitału jest w rękach 20% ludzkiej populacji.
Co jest jeszcze godne odnotowania w tym temacie to fakt, że z datą 11 września 2001 roku związane są decyzje i posunięcia rządu USA, mające na celu walkę i likwidację terroryzmu, którego najliczniej reprezentują przedstawiciele islamskiej ortodoksji, wyznający skrajnie patriarchalne zasady. Wystarczy spojrzeć, co dzieje się w państwach lub prowincjach zamieszkałych m. in. przez zaliczanych do nich talibów, gdzie wciąż panuje stary, plemienny system patriarchalny, a kobiety traktuje się na równi z inwentarzem, podobnie jak to miało miejsce jeszcze ok. 100 lat temu w zachodnim kręgu kulturowym. Demokracja, którą reprezentują Stany Zjednoczone, choć w wielu wypadkach wciąż raczkująca, zrównuje prawa wszystkich ludzi bez względu na płeć, rasę, pochodzenie czy wyznawaną religię, i jako ustrój oraz idea współczesności, występuje przeciwko najbardziej skrajnej patriarchalnej ortodoksji i dogmatyzmowi. Wystarczy wspomnieć skonfliktowanych ze wszystkimi wyznawców islamu wojującego, niszczących dorobek innych religii i kultur (ostrzeliwanie posągu Buddy w Afganistanie, niszczenie kościołów), a także walczących i zabijających się nawet na terenie meczetów, co jest niezgodne z naukami Mahometa, zakazującymi wzajemnego zabijania i okaleczania pomiędzy jego wyznawcami.
Dowodów na twierdzenie, że koniec naszego świata to kres patriarchatu i ustanowionych przez jego reprezentantów praw, systemów i związanych z nimi instytucji, dostarcza właśnie współczesna rzeczywistość, która codziennie ukazuje nam obrazy degeneracji starego systemu. Przejawia się ona w dwóch głównych sferach życia:
1. w sferze materialnej – degeneracja systemu kapitalistycznego, którą można dostrzec m.in. we wzroście ogólnoświatowego ubóstwa z jednej strony i bogaceniu się elit społecznych z drugiej strony, jak również w ogólnoświatowym kryzysie ekonomicznym;
2. w sferze duchowej – degeneracja patriarchalnych religii monoteistycznych, ujawniająca się w upadku ich autorytetu moralnego m.in. w wyniku braku jedności i zgody pomiędzy nimi (nawet w łonie tych samych religii np. w islamie wielowiekowa nienawiść pomiędzy sunnitami a szyitami), licznych afer (w tym pedofilskich wśród księży Kościoła katolickiego) i kurczowego trzymania się ortodoksji, niezgodnej z duchem nowych czasów i z potrzebami ustawicznie rozwijającej się ludzkiej społeczności, co pociąga za sobą postępujące zeświecczenie społeczeństw, zwłaszcza w krajach o wysoko rozwiniętej demokracji.
Od kilkudziesięciu już lat, wraz z postępującą demokracją obserwujemy również degradację dawnych, patriarchalnych systemów wartości, co przejawia się m.in. w odrzucaniu różnic rasowych, kulturowych, społecznych i płciowych na rzecz pełnego równouprawnienia wszystkich obywateli świata. Społeczność ludzka poszukuje nowych, wyższych wartości duchowych o uniwersalnym, nie dzielącym ją wymiarze, których przykładem może być jej jednoczenie się na szeroką, ogólnoświatową skalę z potrzebującymi pomocy i obdarowywanie ich lub dzielenie się z nimi wszelkimi dobrami. I to właśnie jest oznaką nowych czasów, oznaką budowania nowej społeczności ludzkiej, o której jest mowa we wszystkich wielkich proroctwach i wizjach okresu patriarchatu.
Koniec świata patriarchatu, który pod określeniem końca naszego świata ogłaszają niemalże wszystkie największe proroctwa przeszłości, jak również ukazuje nam to nasza codzienna rzeczywistość, zwiastuje przejście w Nową Erę, w której to ludzkość będzie bardziej świadoma i światła. Za sprawą zjednoczenia rozumu i serca, czyli jedności męskiej inteligencji, panującej w patriarchacie, z żeńską uczuciowością, zapanuje większa niż do tej pory harmonia i równowaga, zapanują rządy Dobrej Woli i Mądrości. Ale czy do owych rządów dojdzie poprzez cierpienie, światowe katastrofy lub wojny, czy też w sposób łagodny, zgodny z ewolucją ludzkich umysłów – to zależy tylko od nas.

Bogdan Trawkowski

NOWOTWÓR – STRUKTURA OPARTA NA BIAŁKU KRZEMOWYM. DLACZEGO NIE NALEŻY SIĘ LĘKĆ?

Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła niedawno, że do roku 2020 na nowotwory zachoruje o 50% więcej ludzi, aniżeli obecnie (wiadomość z miesięcznika „Focus” nr 2/113 luty 2005 r.). Czy ten „czarny scenariusz” musi się sprawdzić? Osobiście uważam że nie, o ile cała współczesna społeczność, a nie tylko jednostki, przełamie złe wzorce postępowania i nieprawidłowe schematy myślowe przyczyniające się do nieharmonijnego życia i braku właściwego rozwoju potencjału, jaki drzemie w każdym człowieku. Poniższy tekst, ukazujący niecodzienną koncepcję pochodzenia nowotworu oraz odmienny od stereotypowego punkt widzenia na jego istotę, powstał z myślą, aby dostarczyć ludziom wiedzy, która przyczyniłaby się do zlikwidowania największego wroga w procesie powracania do zdrowia – lęku.
W latach 50. ubiegłego wieku naukowcy odkryli, że krzem, pierwiastek znajdujący się w Tablicy Mendelejewa w jednej grupie z węglem, może tworzyć, podobnie jak węgiel, długie łańcuchy związków organicznych, w tym m. in. białka. Ze względu na tę zdolność krzem, stosowany w elektronice jako półprzewodnik, zaliczony został jako alternatywna, czyli wymienna wobec węgla podstawa wszelkich form biologicznego życia. Na podstawie tych odkryć część naukowców zajmująca się tą problematyką wysunęła w drugiej połowie XX wieku hipotezę, że we Wszechświecie mogły lub mogą istnieć organizmy, których tkanki, w przeciwieństwie do ziemskich opartych o struktury węglowe, zbudowane są ze struktur krzemowych. Tym bardziej jest to możliwe, że krzem jest bardzo dobrym, lepszym niż węgiel przewodnikiem, a zatem spełniałby też u takich organizmów, obok roli budulcowej, rolę przenośnika informacji.
Białko krzemowe, dzięki fantastycznym wręcz właściwością krzemu, m.in. wysokiej odporności na promieniowanie jonizujące oraz na działanie kwasów, wysokiej temperatury i ciśnienia, pozwalałoby żywym organizmom, w tym również istotom rozumnym, zamieszkiwać planety o znacznie podwyższonych parametrach kosmicznego promieniowania, temperatury i ciśnienia, jak również z deficytem tlenu, a zatem skrajnie nieprzyjaznych (bardziej „kwaśnych”) dla organizmów zbudowanych ze struktur węglowych, do których zalicza się organizmy zamieszkujące Ziemię.
Wydaje się zatem wysoce możliwe, że życie biologiczne oparte na białku krzemowym było szeroko preferowane we wczesnej fazie jego rozwoju we Wszechświecie, rzec można w młodości Wszechświata, gdy był on bardziej gorący i „napromieniowany” oraz miał bardziej kwasotwórczy charakter aniżeli obecnie. W tej fazie, we wciąż rozszerzającym się po Wielkim Wybuchu Wszechświecie, którego gęstość, temperatura i ciśnienie, a przede wszystkim wielkość promieniowania jonizującego były nieporównywalnie większe od późniejszych i obecnych, istniały warunki dla powstania różnych form biologicznego życia, nie wyłączając istot rozumnych, opartych na strukturach krzemowych, których realność potwierdziły współczesne rozważania naukowe. Wynika z tego wniosek, iż biologiczne struktury oparte o krzem, jako bardziej odporne na wymienione wyżej, dominujące w młodym Wszechświecie czynniki, ukazały się w nim jako pierwsze, zaś struktury zdominowane przez węgiel zaistniały w późniejszej fazie rozwoju, gdy pojawiły ku temu przyjazne warunki, przede wszystkim gdy ukształtowały się planety ze znaczną ilością tlenu i chroniącej przed kosmicznym promieniowaniem jego odmiany – ozonu.
Studiując literaturę naukową dotyczącą nowotworów wydaje się wysoce prawdopodobne, że nowotwór jest niczym innym, jak strukturą opartą na białku krzemowym, która w biologicznym organizmie może zaistnieć dzięki naturalnej możliwości przystosowawczej, jaką jest zdolność każdej komórki do mutacji, czyli zmiany w genach, jednostkach dziedziczności, pozwalającej komórkowemu organizmowi na dalsze życie w odmiennych od początkowych warunkach. Tak rozumiejąc ten problem, należałoby nowotwór nazwać „starotworem”, gdyż jest on powieleniem tych krzemowych struktur biologicznych, które istniały we Wszechświecie przed pojawieniem się struktur opartych na węglu.
Potwierdzeniem tych myśli i wniosków są współczesne wyniki naukowych badań i eksperymentów, z których nie od dzisiaj wiadomo, że tkanka nowotworowa cechuje się silną kumulacją krzemu, przy równoczesnym jego znacznym deficycie w innych tkankach i narządach ciała. W celu ściągnięcia z organizmu tego pierwiastka, dla potrzeb i rozwoju nowotworu, tworzy on własną sieć naczyń krwionośnych, zaopatrujących go poprzez krew w ten niezbędny do jego egzystencji element.
Kolejnym dowodem na to, że nowotwór jest tkanką zbudowaną z białka krzemowego, jest jego tzw. „nieśmiertelność” (niezniszczalność), czyli jego niezwykła odporność na wysoką temperaturę, ciśnienie, kwasy i promieniowanie. Udowodnił to między innymi polski lekarz-onkolog, dr Anatol Rybczyński, który przez 60 lat swojego życia badał tkankę nowotworową i doszedł do wniosku, że jest ona swoistym połączeniem białka z krzemem.
Nowotwór, jak uważam, powstaje w wyniku naturalnej przemiany (mutacji) pierwotnych, węglowych komórek w momencie, gdy zaczynają dominować w żywym organizmie biologicznym warunki nieprzyjazne dla ich rozwoju, a przyjazne dla rozwoju komórek zbudowanych na bazie białka krzemowego. Nowotwór jest naturalną, przedłużającą życie tkanką, jest, jak napisał w swojej książce pt. ”Rak” prof. Rudolf Klimek, alternatywą śmierci, dzięki której, w odpowiednio przyjaznych warunkach, żywy organizm może przeżyć długie lata a nawet, w szczególnych okolicznościach, np. w trakcie walki z zakaźną chorobą, po zajściu w ciążę lub po odpowiedniej dawce życiowej energii (bioenergii), może ją usunąć, co znane jest pod nazwą nowotworowej remisji, regresji lub onkolizy.
Z kolei mutacja, powodująca przemianę normalnych, opartych o struktury węglowe komórek w komórki krzemowe – nowotworowe, jest naturalnym mechanizmem przystosowawczym, z jednej strony pozwalającym żyć i walczyć o zdrowia, z drugiej zaś strony – ukazującym swoisty „powrót do przeszłości”, czyli powrót do struktur istniejących we wczesnej fazie życia biologicznego we Wszechświecie. Tak rozumiejąc ten temat należy uznać, że nowotwór, jako „wypracowana” wcześniej przez Naturę struktura, jest wynikiem biologicznej rekapitulacji, czyli wynikiem procesu odtworzenia w krótkim czasie tych struktur, które zaistniały w młodości Wszechświata, gdy panujące w nim warunki sprzyjały tworzeniu i rozwojowi biologicznego życia opartego na białku krzemowym. W „pamięci” komórek istot zamieszkujących Ziemię wpisana jest możliwość nowotworzenia, czyli zamiany w tkanki, które zostały już wcześniej, w toku rozwoju i ewolucji Wszechświata wykreowane. W momencie pojawienia się warunków, które współczesna nauka nazywa kancerogennymi (rakotwórczymi), dokonują się w procesie mutacji zmiany przystosowawcze komórek w nowotworowe, pozwalające na dalszą egzystencję w warunkach uniemożliwiających rozwój i życie tkanek węglowych.
Nowotwór kształtuje się w efekcie zaistnienia warunków, zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych, daleko odbiegających od tych, gdy na Ziemi-Matce bujnie rozwijało się biologiczne życie oparte o struktury węglowe, a zatem wówczas, gdy na naszej planecie ilość tlenu była o 10% wyższa niż współcześnie, atmosfera nie miała dziur ozonowych przepuszczających zabójcze promieniowanie słoneczne i kosmiczne, z kolei gleba i woda nie były tak kwaśne, jak obecnie, a cała przyroda żyła ze sobą w wielkiej harmonii. Tkanka nowotworowa jest wynikiem nieharmonijnego życia wielu współczesnych ludzi, w którym dominują negatywne, o kwasotwórczym charakterze, „spalające” wiele tlenu i życiowych pierwiastków emocje oraz kształtujące się na ich podłożu „kwaśne” myśli, powodujące nerwowo-mięśniowe napięcia i blokady w przepływie nerwowych impulsów, życiowej energii w meridianach (kanałach energetycznych) i krwi bw układzie krwionośnym. Napięcia te uniemożliwiają właściwe dotlenianie i dostarczanie tkankom organizmu cennych biopierwiastków. W połączeniu z mało energetycznym odżywianiem (skąpym w rzadkie biopierwiastki metali szlachetnych, np. złota, srebra, platyny, irydu), nałogami oraz z zanieczyszczeniem i napromieniowaniem ze źródeł współczesnego środowiska stwarza to warunki do genetycznej przemiany (mutacji) komórek opartych na węglu w komórki, również naturalne, ale bardziej odporne na zniszczenie – „stare” komórki krzemowe, nazwane przez akademicką medycynę nowotworowymi. (Na marginesie warto odnotować, że w pierwszej, najbardziej pierwotnej fazie swojego istnienia tkankę nowotworową tworzą zmutowane, ale czyste komórki niczym nie różniące się, na poziomie optycznym, od komórek opartych na węglu. Żadna aparatura medyczna nie jest w stanie na tym etapie rozwoju je wykryć, różnią się one bowiem od „węglowych” energetyczną emanacją, którą potrafią zidentyfikować jedynie niezmiernie czuli i odpowiednio ukierunkowani radiesteci. To, co odkrywa oficjalna medycyna, jeśli chodzi o nowotwór, jest tkanką – najczęściej pod postacią guza – już wysoce zdegenerowaną, silnie zanieczyszczoną toksynami pochodzącymi z nieprawidłowego, silnie zakwaszającego pokarmu oraz toksynami środowiskowymi i psychicznymi).
Powstała na przestrzeni ostatnich 10. lat najnowsza teoria naukowa dotycząca nowotworzenia (Petera Duesburg’a i jego zespołu) potwierdzona zresztą licznymi obserwacjami, głosi, że komórki rakowe powstają w wyniku chaosu (nieuporządkowania) zaistniałego w chromosomach, nośnikach genów. Jest to pewien krok naprzód, bowiem do tej pory uczeni onkolodzy poszukiwali przyczyn nowotworzenia tylko w genach. Nadal jednakże nie wiadomo, z punktu widzenia oficjalnej nauki, co jest przyczyną chaosu w chromosomach. Z przedstawionego powyżej przez mnie stanowiska wynika, że praprzyczyna nowotworzenia tkwi w naturalnych mechanizmach adaptacyjnych, czyli naturalnych zdolnościach każdej komórki do mutacji, inspirowanej czynnikami kancerogennymi, najczęściej występującymi łącznie, np. destrukcyjne czynniki psychiczne ze złym odżywianiem. Te negatywne dla życia opartego na białku węglowym czynniki, skomasowane w trzech zasadniczych grupach, powodują nadmierne zakwaszenie tkanek organizmu oraz powstawanie napięć i blokad nerwowo – mięśniowych prowadzących do niedotlenienia i zubożenia dowozu do nich cennych mikroelementów, czego konsekwencją jest chaos w chromosomach i mutacje genów w geny rakotwórcze, tzw. onkogeny. W końcowym efekcie, w wyniku ich działania, komórka uzyskuje zdolność nieograniczonego dzielenia się a traci zdolność do śmierci, czyli do samounicestwienia się. Chaos w chromosomach, jak uważam, odzwierciedla nieuporządkowanie w żywym organizmie, rzec można niezgodny z zapisanym w komórkach porządkiem bałagan, który z kolei jest odbiciem życia w niezgodzie z naturalną harmonią, przypisaną egzystencji opartej na białku węglowym.
Potwierdzeniem przedstawionych powyżej wiadomości są m.in. prace ks. prof. Włodzimierza Sedlaka, jednego z pierwszych uczonych drugiej połowy XX wieku, który zwrócił uwagę na olbrzymią rolę krzemu w ludzkim organizmie. Profesor Sedlak, biolog i filozof, twórca polskiej szkoły bioelektroniki, interesował się tym pierwiastkiem przez całą swoją długą naukową drogę, poczynając od pierwszej rozprawy naukowej zatytułowanej „Rola krzemu w ewolucji człowieka”, a kończąc na głośnym dziele „Homo elektronicus”, łączącym w sposób wprost genialny wiedzę nowoczesnej elektroniki z biologią życia. W pracy tej prof. Sedlak wykazał, że każdy organizm na Ziemi, jak wiadomo zbudowany ze struktur opartych o długie łańcuchy węglowe, posiada swoją energoinformacyjną matrycę, swoisty wzorzec, którego subtelną konstrukcję tworzy energetyczny „organizm krzemowy”. W wyniku działania we współczesnym świecie olbrzymiej ilości destrukcyjnych czynników, w tym głównie negatywnych czynników psychicznych, radiestezyjnych i energetycznych, następuje znaczna utrata cennych, tworzących fizyczne ciało biopierwiastków oraz jego silne zanieczyszczenie kwaśnymi toksynami powodującymi utratę naturalnej alkaliczności i odporności, co, jak uważa prof. Sedlak, przyczynia się do rozregulowania energoinformacyjnej matrycy krzemowej. To z kolei zjawisko jest bezpośrednim czynnikiem powodującym chaos w chromosomach i impulsem do mutacji, dzięki której powstaje krzemowa struktura, pozwalająca na przedłużenie życia w destrukcyjnych dla tkanek węglowych warunkach – nowotwór. Jak wykazano powyżej, jest on wynikiem biologicznej rekapitulacji, a zatem „spadkiem” po krzemowej młodości Wszechświata, zdominowanej życiem biologicznym opartym na tkankach krzemowych.
Choroba nowotworowa, podobnie jak i inne choroby, głównie cywilizacyjne, zmusza cierpiącego człowieka, jak i całą ludzką społeczność, do pokory wobec praw Natury oraz zrozumienia własnych słabości, wad i niewłaściwych nawyków, a następnie do poszukiwań dróg wyjścia z przynoszących cierpienie dolegliwości. Są to działania niezwykle rozwojowe, najbardziej pożądane w życiu każdej jednostki i społeczności, tożsame z odwiecznymi poszukiwaniami przez ludzkość wolności i szczęścia. Jeśli człowiek w momencie choroby świadomie nie podejmuje mądrych kroków na rzecz rozwoju swojego psychoenergetycznego potencjału, w tym potencjału immunologicznego zwalczającego również raka, o czym świadczy m.in. onkoliza, wówczas może spotkać go smutny los: odchodzi z tego padołu w niewiedzy, przeświadczony o bezradności swojej i całego świata wobec choroby, która w rzeczy samej jest dobrodziejstwem Natury i w sposób naturalny daje się usunąć. A człowiek współczesny „dorósł” już do tego, by zrozumieć, że choroby nie są „karą bożą”, lecz konsekwencją nieharmonijnego rozwoju i opartego na nim niewłaściwego postępowania. Są znakiem, by człowiek przebudził się do nowego życia, do rozbudowy swojego potencjału, dzięki któremu z jednej strony staje się on bardziej wrażliwy na kancerogenne czynniki, z drugiej zaś strony – przybywa mu naturalnych sił pozwalających na likwidowanie każdej przypadłości.
Choroby mają za zadanie uświadomić człowiekowi, że najwyższy czas zmienić życie, odrzucić wszystko to, co niesie ze sobą destrukcje oraz unicestwienie i zwrócić się w stronę działań otwierających ludzki umysł na przepływ pozytywnych, subtelnych i uzdrawiających energii wyższych poziomów świadomości, pozytywnych emocji oraz przyjaznych uczuć i myśli. Powstałe pod wpływem kumulacji psychicznych i środowiskowych toksyn dolegliwości są informacją, że nie można już dłużej żyć z Naturą i ze sobą samym w dysharmonii. Jakakolwiek choroba ma zadanie przywrócić w człowieku pradawną wiarę w to, „czego okiem zobaczyć nie można”, wiarę w moc, której pozytywne efekty są coraz częściej potwierdzane przez oficjalną naukę, w moc subtelnych energii Natury, energii roślinnego pożywienia i ziół oraz oczyszczonego i otwartego ludzkiego umysłu. Jakiekolwiek przypadłości, zwłaszcza nowotworowe, są czynnikiem zmuszającym do świadomej transformacji umysłowej, do przestawienia się z destrukcyjnie oddziałujących negatywnych emocji i myśli na pozytywne, posiadające oczyszczający i uzdrawiający potencjał. Kto w taki sposób podchodzi do choroby, nie walcząc z nią zacięcie, a raczej traktując ją jako przejściowy, potrzebny do oczyszczenia i umysłowej transformacji stan, ten wygrywa piękne życie.
W tym miejscu chciałbym przytoczyć historię bliskiego znajomego moich rodziców, Stanisława A., która miała miejsce w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. U tego zwykłego sześćdziesięciokilkuletniego człowieka wykryto nowotwór na oskrzelach, jak wykazały badania, nie do usunięcia konwencjonalnymi metodami. Lekarze „dali” mu pół roku życia. Stanisław nie poddał się „czarnym myślom”, rzucił palenie papierosów i zaczął żyć tak, jakby każdy dzień był tym ostatnim, czyli bardzo, jak na swój wiek i schorzenia, intensywnie. Dzień zaczynał od godziny 4.00 rano po to, by niezależnie od pogody stanąć w godzinę później przed sklepem mięsnym lub spożywczym i czekać następną godzinę na jego otwarcie w celu dokonania zakupu wybranych, w tamtych czasach rzadkich artykułów spożywczych. Po ich zakupie maszerował przez Poznań, aby z dumą podzielić się swoją zdobyczą z moją babcią, którą po cichu, bo był jeszcze żonaty, adorował. Mimo, że posiadał całkiem niezłą emeryturę, gdzie mógł, tam się zatrudniał: jako szatniarz w kinie, biletowy na Międzynarodowych Targach Poznańskich, portier w zakładzie pracy. Żyjąc tak intensywnie, czując się potrzebnym i kochając Stanisław A. przeżył z nowotworem dwadzieścia kilka lat. Odszedł z tego świata, nie męcząc się, jako starzec, w godnym wieku 86 lat.
Historia Stanisława A, często przeze mnie przytaczana moim pacjentom, jak i wiele innych, podobnych do niej, a opisanych w światowej literaturze (m.in. w słynnym bestselerze B. Siegiel’a „Miłość, medycyna i cuda”) dowodzi tego, że nowotwór przedwcześnie nie zabija tych osób, które żyją pełnią życia i są ze swojej egzystencji zadowolone. Takie są zresztą prawa ewolucji: w wyniku choroby odchodzą jednostki słabe, najczęściej lękliwe, nieufne, poddające i obwiniające się lub innych ludzi, czujące się niepotrzebnymi, a zatem te, u których dominują bardziej pierwotne od pozytywnych, negatywne emocje i myśli. Nowotwór „boi” się bowiem prawdziwego życia, życia opartego na wewnętrznej radości i nieskrępowanym oddechu „pełną piersią”, czynnikami wynikającymi z poczucia bezpieczeństwa oraz realizacji tego, co jest zapisane w każdym człowieku: realizacji jego talentu, spełnienia podstawowych pragnień i indywidualnych marzeń.
Niestety, mimo iż tkanka nowotworowa nie jest obcą, lecz własną, ale w sposób naturalny zmienioną (zmutowaną, dlatego układ immunologiczny tak trudno ją rozpoznaje), to ze względu na brak pełnego zrozumienia istoty jej powstawania oraz traktowania jej jako zło i ciężką chorobę, według wielu ludzi prowadzącą nieuchronnie do zgonu, narosło wokół niej wiele negatywnych emocji, a w szczególności wiele lęków przeradzających się wręcz w atawistyczny strach. Emocje te, poparte negatywnymi, wynikającymi z niewiedzy myślami, mającymi destrukcyjny potencjał, są świadomie lub mniej świadomie generowane i/lub podtrzymywane przez współczesną, zdominowaną przez fizykę, chemię i biologię medycynę. (Tylko nieliczne, wybitne jednostki ze świata medycznego, jak np. prof. J. Aleksandrowicz, prof. Tołpa, dr A. Rybczyński, dr C. Simonton, dr G. Hamer, potrafiły przeciwstawić się szeroko rozpowszechnionym lękom oraz negatywnym myślom związanym z nowotworem i stosować wobec niego, często odkryte w wyniku własnych doświadczeń, przemyśleń oraz obserwacji metody i środki likwidujące chorobę bądź pomocne w jej likwidacji). Należy w tym miejscu dodać, że negatywne energie psychiczne chorych oraz lekarzy, wynikające najczęściej z ograniczoności środków, jakimi dysponuje medycyna oficjalna, kumulują się dając w efekcie olbrzymią, wyniszczającą organizm cierpiącego siłę. Jak dowiodły tego bowiem współczesne badania naukowe, w konsekwencji działania tychże energii i ich kumulacji następuje „spalanie” i utrata wielu cennych, zasilających zarówno układ nerwowy, jak i immunologiczny biopierwiastków (mikroelementów), tak bardzo potrzebnych, wręcz nieodzownych do zlikwidowania jakiejkolwiek choroby.
Dodatkowym, wynikającym z lęków efektem są, wspomniane już powyżej, nerwowo – mięśniowe napięcia oraz blokady. Utrudniają one, a niekiedy wręcz uniemożliwiają prawidłowy przepływ życiowej energii w meridianach oraz impulsów w układzie nerwowym i krwi w układzie krwionośnym, co z kolei przyczynia się do dalszego upośledzenia „dowozu” do tkanek ciała cennych biopierwiastków i tlenu, nieodzownego dla prawidłowego metabolizmu i powrotu do zdrowia.
Powyżej opisane efekty lęków i innych negatywnych emocji, najczęściej w nieprawidłowy sposób odreagowywanych i skumulowanych w podświadomości, tłumaczą zjawisko zgonów osób, które mimo zażywania i otrzymywania olbrzymich dawek biopierwiastków, nie podołały zwalczyć choroby. (Wielkim błędem, popełnianym przez niektórych naturoterapeutów, jest serwowanie choremu na raka dużych dawek stresujących go naturalnych środków, np. picia własnego moczu, głodówek, drakońskich diet. Fakt, że niektórym chorym one pomogły nie oznacza, iż powinny pomóc wszystkim. Uważam, że tego typu terapie, w dodatku najczęściej stosowane łącznie, są mało skuteczne, a nawet mogą szkodzić, gdy głównym podłożem choroby nowotworowej są destrukcyjne czynniki psychiczne). Wyciągając z powyższych wiadomości wnioski należy uznać, że niezmiernie istotne, wręcz priorytetowe znaczenie w likwidowaniu choroby nowotworowej, jak zresztą i wielu innych przypadłości, mają pozytywne, otwierające na przepływ uzdrawiających energii (cennych biopierwiastków i tlenu) czynniki psychiczne.
Zaistnienie nowotworu w organizmie nie oznacza śmierci, gdyż jest on naturalną strukturą, powstałą w naturalnym procesie przystosowawczym właśnie po to, aby kontynuować egzystencję w nieprzyjaznych dla tkanek węglowych warunkach. Gdyby nie możliwość nowotworzenia, czyli możliwość powrotu do żywych struktur istniejących już wcześniej we Wszechświecie, każdy destrukcyjny czynnik, obecnie uznawany za kancerogenny, powodowałby szybki zgon. Natomiast śmierć w wyniku choroby nowotworowej, która zbiera we współczesnym społeczeństwie tak obfite żniwo, jest efektem kilku czynników powstałych w konsekwencji rozwoju odhumanizowanej cywilizacji naukowo-technicznej. Zaliczyć można do nich m.in.: ignorancję naukowego i medycznego establishmentu wobec osiągnięć i wiedzy medycyny energetycznej, a zwłaszcza radiestezji wskazującej na jeden z istotnych i szeroko obecnie rozpowszechnionych kancerogenów, jakim jest różne, naturalne i sztuczne, promieniowanie szkodliwe (np. cieków wodnych i pól elektromagnetycznych) oraz na środki i sposoby jego ekranowania lub neutralizowania.
Kolejnym czynnikiem sprzyjającym zgonom w wyniku raka, wymienianym już przez mnie wcześniej, jest brak zrozumienia istoty nowotworzenia oraz samego nowotworu i wynikające z tego konsekwencje w postaci silnie stresogennych (i bardzo kosztownych) inwazyjnych badań oraz terapii, jak również nagromadzone wokół choroby i skumulowane w organizmach chorych olbrzymie ilości destrukcyjnego lęku. Osobiście uważam, że większość osób chorych schodzi przedwcześnie z tego świata nie w wyniku samej choroby nowotworowej, ale w rezultacie niszczycielskiej mocy lęku przed śmiercią i cierpieniami związanymi ze silnie stresującej, inwazyjnej terapii. Dlatego tak ważnym obecnie, co już wcześniej zasygnalizowano, wręcz priorytetowym elementem terapii nowotworowej, jest opanowanie lęku, jak również pozbycie się innych, destrukcyjnych, skumulowanych w podświadomości emocji, będących następstwem życiowych stresogennych sytuacji i zdarzeń. Zadanie to spoczywa „na barkach” nie tylko psychologów, ale również samych lekarzy, którzy przyjaznym podejściem do pacjenta, dobrym słowem i mądrą poradą mogą zlikwidować wiele lęku i tym samym przyczynić się do przechylenia szali w kierunku powrotu do zdrowia.
W świetle ukazanej w tym tekście wiedzy należy wysnuć wniosek, iż pozbycie się choroby nowotworowej następuje w konsekwencji przywrócenia życiowych parametrów organizmu do stanu przyjaznego egzystencji opartej na strukturach węglowych, czyli takiego stanu, jaki panował w okresie, gdy kształtowało się biologiczne życie na naszej Ziemi-Matce. Jest to możliwe po odcięciu chorego od źródeł szkodliwych oddziaływań i przy współudziale psychicznych oraz energetycznych czynników naturalnych mających oczyszczający, odkwaszający, dotleniający oraz odbudowujący układ nerwowy i immunologiczny potencjał.
Człowiek został tak „skonstruowany”, że wręcz jest zmuszony, bezustannie i harmonijnie, rozwijać swój psychoenergetyczny potencjał, w przeciwnym bowiem przypadku degeneruje się, a wraz z tym procesem ulegają osłabieniu i zniszczeniu wszystkie układy, łącznie z immunologicznym. Wykorzystywanie przez współczesnych ludzi, jak tego dowodzą badania naukowe, zaledwie 10% potencjału tkwiącego w ludzkim umyśle, jest olbrzymią ignorancją praw ewolucji, która się jeszcze nie zakończyła. Wprost przeciwnie – stawia ona przed człowiekiem obecnego wieku nowe wyzwania i zmusza go, m.in. poprzez cierpienie, do takiego rozwoju, by przyjazne i uzdrawiające uczucia wyższe dominowały nad iluzoryczną wiedzą i inteligencją. Ewolucja zmusza również człowieka, by stał się on bardziej ufny w to, co został w jej toku wyposażony – w moc swojego rozwiniętego potencjału – oraz bardziej otwarty na to, co go otacza – w przyjazne siły Natury.

BOGDAN TRAWKOWSKI

Artykuł w NIEZNANYM ŚWIECIE nr 207, 3/2008.

„WIELKI DEMASKATOR” – JAMES RANDI – ZDEMASKOWANY!

W dniu 12.12.2011 roku na portalu Onet.pl Strefa Tajemnic ukazał się artykuł autorstwa Agnieszki Mazur – Puchały pt. „Zjawiska zdemaskowane”. Mowa jest w nim o zdemaskowaniu zjawisk paranormalnych (parapsychicznych, nadnaturalnych) przez amerykańskiego iluzjonistę – Jamesa Randiego, nazwanego tutaj „wielkim demaskatorem”. Jak powszechnie uważają naukowi sceptycy, udowodnił on, że zjawiska paranormalne, religijne cuda, manifestacje UFO i wszelkie nadnaturalne zdolności ludzkiego umysłu to mistyfikacja. Czy ów człowiek faktycznie dowiódł tego? Czy ma rację ?
Częściowo na powyższe pytania, przy okazji obrony radiestezji, bioenergoterapii i wróżbiarstwa, odpowiedziałem w swojej pierwszej książce zatytułowanej „Inteligencja materialna a poszerzona świadomość i zjawiska paranormalne”. Poniższy tekst bardziej szczegółowo i wnikliwie, aniżeli zostało to przedstawione w mojej wymienionej wyżej pracy, omawia kwestię „udowodnienia” przez Jamesa Randiego twierdzenia o mistyfikacyjnym podłożu zjawisk paranormalnych.
Zanim odpowiemy na postawione we wstępie artykułu pytania, przyjrzyjmy się pokrótce Jamesowi Randiemu. Z zawodu jest iluzjonistą, natomiast z zapatrywań – totalnym sceptykiem w kwestii zjawisk nadnaturalnych. Swojego czasu był członkiem Komitetu Naukowych Badań Zjawisk Paranormalnych. Przez wiele lat zajmował się kwestionowaniem i udowadnianiem, że zjawiska paranormalne czy też mistyczne cuda nie istnieją. Randi wielokrotnie wzywał spirytystów, jasnowidzów i uzdrowicieli do poddania się próbom w ściśle określonych, wykluczających możliwość oszustwa warunkach, a jako dodatkową zachętę wyznaczył nagrodę w wysokości miliona dolarów dla osoby, która potwierdzi swoje nadnaturalne zdolności. Jak do tej pory, mimo iż na przestrzeni prawie 40 lat przez doświadczenia Randiego przewinęło się wiele osób o wybitnych zdolnościach parapsychicznych (tzw. ekstrasensów), nikt nie potrafił w ściśle określonych warunkach laboratoryjnych i w obecności iluzjonisty zademonstrować swoich umiejętności. A należeli do nich m.in. Uri Geller, światowej sławy izraelski jasnowidz i psychokinetyk, a także Doris Stokes, popularne w latach 80. XX wieku medium. Efektem badań i doświadczeń Randiego przeprowadzanych na ekstrasensach jest wydana przez niego w 1995 roku „Encyklopedia wierzeń, oszustw i mistyfikacji okultyzmu”, w której wszelkie nadnaturalne zjawiska zalicza do fałszerstw.
Po tym krótkim wprowadzeniu spróbujemy odpowiedzieć na postawione powyżej pytania: czy rzeczywiście Jamesowi Randiemu udało się udowodnić, że wszelkie zjawiska i zdolności paranormalne, w tym również mistyczne cuda to mistyfikacja? Czy ma rację twierdząc, że one nie istnieją? Otóż z całą mocą twierdzę, że James Randi i podobni jemu sceptycy, do grona których zaliczyć można wielu ludzi nauki, są w błędzie i to z dwóch przyczyn. By udowodnić swoje twierdzenie w kwestii pierwszej z nich, powołam się na trzy sytuacje. Jedna z nich opisana została w ewangeliach, a szczególnie wyraźnie została ona zaznaczona w ewangeliach Mateusza i Marka. Rzecz dotyczy pobytu Jezusa w rodzinnym mieście Nazarecie (Mt,13,53-58), którego mieszkańcy zapamiętali Go z lat przed nauczaniem jako syna cieśli i dziwili się „skąd u niego ta mądrość i cuda”. „I powątpiewali o Nim. A Jezus rzekł do nich: ”Tylko w swojej ojczyźnie i swoim domu może być prorok lekceważony”. I niewiele zdziałał tam cudów z powodu ich niedowiarstwa”. W Ewangelii św. Marka fraza ta brzmi: „I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu” (Mk 6,1 – 6).
W podobnym tonie pobyt Jezusa w Nazarecie został przedstawiony w pozostałych dwóch ewangeliach. Jak zatem wynika z przytoczonych powyżej fragmentów wymienionych ewangelii, w obecności niedowiarków z rodzinnego miasta, których dziś nazwalibyśmy sceptykami, nie mogły zamanifestować się cuda normalnie objawiające się wśród mieszkańców innych miejscowości odwiedzanych przez Chrystusa. Czyli, że nawet pod wpływem takiego giganta mocy, jakim bez wątpienia był Chrystus, nie mogły objawić się w obecności niedowiarków w pełni te zjawiska, które niemalże na co dzień manifestowały się wobec wielu ludzi spoza kręgu Jego rodzinnego miasta. Z tych krótkich fragmentów ewangelii można wysnuć wniosek, że negatywnie nastawieni niedowiarkowie, w dodatku żądni dowodów na istnienie cudów, są przeszkodą w manifestowaniu się zjawisk zaliczanych obecnie do paranormalnych. A James Randi od wielu już lat należy do ścisłego grona takich właśnie osób.
Kolejna sytuacja, którą chciałbym przedstawić jako dowód w opisywanej przeze mnie sprawie, wydarzyła się w obecności naszego sławnego poety, hrabiego Zygmunta Krasińskiego (1812 – 1859) w czasie, gdy miał on lat 45 i mieszkał w Paryżu. W tym momencie życia był on zafascynowany, podobnie jak prawie cała ówczesna Europa, szkockim medium Davidem Douglasem Home’em, w obecności którego unosiły się w powietrzu ciężkie meble, wirowały stoliki i miały miejsce inne zjawiska paranormalne. Home, również potrafiący unosić się w powietrzu, czyli lewitować, tłumaczył owe zjawiska działalnością przyjaznych mu duchów, które w ten sposób manifestowały poprzez medium swoją obecność, dając tym samym ludziom do zrozumienia, że istnieją inne, pozamaterialne wymiary – wymiary duchowe.
Jak pisze w swojej biografii Krasiński (Sudolski, Krasiński „Opowieść biograficzna”, Warszawa 1983), na pierwsze spotkanie z Home’em wybrał się wraz z Delfiną Potocką do mieszkania Aleksandra Branickiego, polskiego szlachcica i podróżnika. Tam był świadkiem wielu manifestacji parapsychicznych. „Na własnem oczy sześć razy widział stolik wirujący” – pisał niezwykle przejęty poeta do innej sławy polskiej literatury, Józefa Korzeniowskiego.
Już wówczas zrodziły się u Krasińskiego pytania: skąd pochodzą duchy i czy są dobre, czy złe? W pełni wierzył w mediumiczne zdolności Home’a, ale równocześnie obawiał się, że ściąga na ziemię jakieś piekielne moce. By udowodnić swoje racje zaczął on mocno przyglądać się działaniom szkockiego medium, śledzić go i badać. W końcu Krasiński, coraz bardziej nieprzyjaźnie do niego nastawiony, w celu ostatecznego uzyskania odpowiedzi na dręczące go pytania o naturę objawiających się wobec Home’a duchów, zaprosił go do swojego mieszkania. Niestety, niemalże wrogie nastawienie polskiego poety do wrażliwego Szkota spowodowało u niego silny rozstrój nerwowy zakończony atakiem katalepsji. „Posiedzenie było u mnie, ale nic a nic nie pokazało się, tylko medium dostało strasznego napadu nerwowego” – napisał po doświadczeniu Krasiński do swojego przyjaciela Adama Sołtana. Szybko też rozstał się z Home’em nie biorąc pod uwagę jego twierdzenia, że nie jest on w stanie sprowadzać z innych wymiarów duchów przy tak silnie negatywnie nastawionej osobie, jaką był polski poeta. Ten zaś napisał rozprawę na temat zjawisk paranormalnych z udziałem duchów, w której stanowczo stwierdził, że pojawiające się na seansach zjawy i ich manifestacje są z „piekła rodem”.
Trzeciego przykładu na twierdzenie, że obecność sceptyków utrudnia, wręcz uniemożliwia manifestację zjawisk paranormalnych, dostarcza książka ks. Czesława Klimuszki (1906 – 1980) pt. „Moje widzenie świata”. Ten słynny polski jasnowidz i uzdrowiciel opisuje w niej sytuację, w jakiej się znalazł podczas spotkania ze sceptycznie nastawionymi do jego parapsychicznych zdolności naukowcami. Mimo że ks. Klimuszko, dzięki swoim możliwościom pozazmysłowego postrzegania pomógł tysiącom ludzi po II wojnie światowej odnaleźć zaginione najbliższe im osoby lub ich groby, co odbiło się w Polsce szerokim echem, podczas spotkania z nim sceptyczni naukowcy oczekiwali objawienia się w ich obecności dowodów na jego zdolności. I, jak opisuje ową sytuację słynny jasnowidz, nie był on w stanie ich wówczas dostarczyć. Przekazał zebranym na sali informację, że ich naukowy sceptycyzm i niedowiarstwo są przeszkodą nie do pokonania, by mogły zamanifestować się jego umiejętności jasnowidzenia.
Drugim powodem, przez który osoby o parapsychicznych uzdolnieniach „przegrywają” z ich przeciwnikami pokroju Randiego, jest badanie ich zdolności w ściśle określonych przez naukową metodologię warunkach, warunkach kontrolowanych, eliminujących jakiekolwiek błędy z jednej strony, z drugiej zaś – demaskujących ewentualne oszustwo lub mistyfikację. Należy przyznać, że warunki te bardzo znacznie odbiegają od normalnych, w jakich na co dzień pracują i działają ekstrasensi. Przede wszystkim, co należy w tym miejscu podkreślić ze szczególną mocą, ich działalność, podobnie jak działalność radiestetów czy bioenergoterapeutów, opiera się na subtelnych energiach uczuć wyższych – dobrej woli, czystych intencjach, współczuciu dla wszystkich żyjących istot i chęci niesienia im pomocy. Osoby obdarzone zdolnościami parapsychicznymi traktują swoje umiejętności jako dar mający służyć innym w powrocie do zdrowia, równowagi psychosomatycznej czy w procesie duchowego rozwoju. W pracy z potrzebującymi pomocy są życzliwi, otwarci i rozluźnieni, dzięki czemu subtelne energie umysłu płyną bez przeszkód i mogą objawić się zjawiska zwane paranormalnymi, a nawet cuda.
Warunkom laboratoryjnym, w jakich przychodzi działać ekstrasensom poddawanym przez naukowców eksperymentom, by udowodnili oni swoje szczególne zdolności, najczęściej towarzyszy duże napięcie psychiczne wywołane bez wątpienia presją, wywieraną na uczestniczących w testach (egzaminach) osobach, w dodatku starających się o uzyskanie jak najlepszego wyniku. Owo napięcie, wnoszące kolejne, obok naukowego sceptycyzmu i niedowiarstwa, negatywne energie, jest dodatkowym, istotnym czynnikiem utrudniającym objawianie się subtelnych zjawisk parapsychicznych. Następnym negatywnym czynnikiem występującym w trakcie eksperymentów w sztucznych warunkach jest wymaganie od badanego wielokrotnego powtarzania danego testu tak, aby uzyskać pewien statystyczny wynik. Dzięki niemu naukowcy oceniają, czy ewentualny pozytywny efekt doświadczenia był dziełem przypadku, czy też potwierdza on badane zdolności. W jednym z testów Randiego, określającym, według niego, zdolności radiestezyjne, stawiany jest badanemu wymóg, by prawidłowo wskazał on za pomocą różdżki lub wahadełka na stu bateriach ich bieguny (czyli z której strony znajduje się plus, a z której minus). Iluzjonista uważa, że badana osoba ma zdolności radiestezyjne tylko wówczas, gdy ani razu się nie pomyli. Wyobraźmy sobie sytuację, gdyby Chrystusowi przyszło udowadniać w warunkach laboratoryjnych swoje zdolności do wskrzeszania zmarłych przed takimi ludźmi, jak James Randi. Ile osób musiałby Jezus wskrzesić w kontrolowanych warunkach w obecności iluzjonisty, by ten uznał Jego paranormalne możliwości w tym zakresie?
Profesor fizyki Andrzej K. Wróblewski, specjalista w dziedzinie cząstek elementarnych, w swojej książce pt. „Prawda i mity w fizyce”, w rozdziale poświęconym zjawiskom paranormalnym stwierdził: „Badania parapsychologiczne są niezwykle trudne, pod względem metodologicznym przypuszczalnie znacznie przewyższają trudnością wszystko, co do tej pory badano w fizyce”. Jednym z najważniejszych czynników sprawiających trudności w ww. badaniach jest uzyskanie w teście powtarzalności wyników, dzięki czemu badający zjawisko naukowiec może je ocenić, zweryfikować czy sklasyfikować. Fizyków nie interesuje samo zjawisko jako takie, które objawiło się jednorazowo. Jak sami mówią, zajmują się badaniem zjawisk powtarzalnych, a do nich z pewnością nie można zaliczyć, opartych o subtelne energie psychiczne, zjawisk paranormalnych. Z tego też powodu, jak uważam, fizycy nie powinni wydawać jakichkolwiek osądów wobec parapsychicznych zdolności ludzkiego umysłu na podstawie wyników ze swoich testów. Jak stwierdził jeden z profesorów parapsychologii, Loyd Auerbach z Uniwersytetu Johna F. Kennedy’ego, odpowiadając na zarzuty sceptycznie nastawionych do zjawisk paranormalnych naukowców, parapsychologia, gałąź wiedzy zajmująca się zjawiskami parapsychicznymi, jest nauką społeczną i dąży do zrozumienia doświadczeń człowieka na różnych poziomach świadomości, a prawa fizyki tylko w niewielkim stopniu mają zastosowanie w naukach społecznych („Nexus” nr 5/37 2004 r., artykuł pt. „Powrót do badań nad parapsychologią”).
Eksperymenty, którym poddawani byli badani przez Randiego ekstrasensi, by udowodnić swoje paranormalne zdolności, nie uwzględniały również innego negatywnego czynnika, a mianowicie utraty przez nich subtelnej energii podczas wielokrotnego powtarzania w laboratoryjnych warunkach tego samego testu. Przeprowadzone na nich badania spełniały kryteria naukowe przynależne przede wszystkim naukom ścisłym, takim jak fizyka, chemia. Natomiast parapsychologia, dziedzina wiedzy badająca zjawiska paranormalne, podobnie jak psychologia, należąca do nauk społecznych, wymaga zastosowania odmiennych eksperymentów od tych, używanych w naukach ścisłych, np. badań z grupą kontrolną. Zatem doświadczenia stosowane przez Randiego, które według jego wiedzy miały zdemaskować osoby uważające się za szczególnie predysponowane paranormalnie, są dobre, ale do realizacji jego celów. Iluzjonista, który prawdopodobnie z góry założył, że zjawiska parapsychiczne nie istnieją, a ekstrasensi są zwykłymi oszustami, tak zatem dobrał eksperymenty, by nie tylko nie ułatwiać im objawienie się ich nadnaturalnych zdolności, ale również – a może przede wszystkim – by udowodnić swoją rację. Trudno się zatem dziwić, że nikt z tych dobrowolnie zgłaszających się do Randiego parapsychicznie uzdolnionych ludzi nie udowodnił swoich zdolności, bo nawet najwięksi giganci mocy, jak Jezus Chrystus, zapewne nie byliby w stanie tego dokonać podczas eksperymentów przeprowadzanych przez amerykańskiego iluzjonistę. I jeszcze jedna kwestia do tego fragmentu: osoby zgłaszające się na badania do Randiego, osoby o szczególnych zdolnościach paranormalnych czyniły to świadomie i dobrowolnie wierząc szczerze, na podstawie swoich wieloletnich doświadczeń i pracy na rzecz ludzkiej społeczności, że są w stanie je udowodnić. Nasuwa się w tym momencie pytanie – czy gdyby były one zwykłymi oszustami, to zgłosiłyby się na testy, zdając sobie sprawę z ewentualnego odkrycia ich fałszerstwa, a przy tym utraty dobrej reputacji, a nawet światowej sławy, jaką do tej pory się cieszyli?
James Randi, prawdopodobnie świadomy swojej przewagi w tej nierównej, skazanej z góry na przegraną ekstrasensów batalii, zaoferował nagrodę w wysokości miliona dolarów dla tej osoby, która, tak naprawdę, dokona rzeczy niemożliwej: usunie olbrzymią chmurę negatywnej energii sceptyków, niedowiarków, czy wręcz przeciwników istnienia zjawisk paranormalnych, następnie, mimo narastającego zmęczenia kilkadziesiąt lub może nawet kilkaset razy powtórzy w laboratoryjnych warunkach czynność, którą na co dzień wykonywała „od serca” lub w akcie dobrej woli niewielką ilość razy, zaś jej nadnaturalne zdolności zostaną uznane tylko wówczas, gdy eksperyment w stu procentach da wynik pozytywny. Doprawdy, trudno znaleźć przykład złych warunków do badań ekstrasensów od tych, które stworzył James Randi. Żaden naukowiec „z krwi i kości” nie podchodzi w sposób tak skrajnie negatywny do badanego zagadnienia, jak amerykański iluzjonista. A na marginesie: nagroda, którą on zaoferował, jest kolejnym negatywnym czynnikiem utrudniającym osiągnięcie pozytywnego rezultatu w jego eksperymentach, bowiem stwarza dodatkowe negatywne napięcie psychiczne u badanego.
James Randi nigdy nie należał do grona naukowców, choć zasiadał w Komitecie Naukowych Badań Zjawisk Paranormalnych, z którego prac musiał zrezygnować za reprezentowanie poglądów, zbyt skrajnie przeciwnych parapsychicznym zjawiskom. Nie jest on zatem, podobnie jak prawdziwy naukowiec, poznawczo – neutralny, otwarcie nastawiony do zjawisk parapsychicznych. Jako iluzjonista, być może widząc w nich konkurencję dla swoich sztuczek, jest wręcz ich wrogiem, o czym świadczy fakt, że cieszy się opinią zaciekłego demaskatora owych zjawisk. Chwała jemu za to, że ściga i demaskuje autentycznych oszustów, których nie brakuje w dziedzinie szeroko pojętej parapsychologii – pseudouzdrowicieli i fałszywych proroków. (M.in. odkrył, zapowiadane przez nich, 44 daty końców świata). Ale potępiając totalnie wszystkie nadnaturalne przejawy, zjawiska i ludzkie zdolności wykazuje nie tylko sceptycyzm, ale też ignorancję oraz arogancję wobec prac i osiągnięć tych wszystkich naukowców, którzy na przestrzeni przeszło 150 lat, żmudną pracą i przy zachowaniu wszelkich naukowych kryteriów udowodnili, że owe zjawiska istnieją i są możliwe do zweryfikowania i zarejestrowania. Odsyłam do prac i osiągnięć w tym zakresie wybitnego fizyka i chemika II poł. XIX wieku prof. Willama Crookesa, grupy wybitnych angielskich uczonych z Society for Psychical Research, zespołu naukowców z Institute Metapsychique International z prof. Charles’em Richet na czele oraz do badań prof. Juliana Ochorowicza, prof. Stefana Manczarskiego i prof. Milana Ryzla.
Dzięki badawczej pracy niemałej rzeszy uczonych z całego świata nad zjawiskami paranormalnymi powstała na początku XX wieku nowa gałąź wiedzy nazwana parapsychologią. Od początku swojego istnienia zajmuje się ona badaniem i weryfikacją, bez uprzedzeń i w oparciu o naukowe metody, natury ponadzmysłowych zdolności ludzkiego umysłu, zwanych popularnie paranormalnymi. Od kilku zaś lat, na niektórych wyższych uczelniach, m.in. na Uniwersytecie w Utrechcie w Holandii, Uniwersytecie w Edynburgu w Szkocji i Uniwersytecie w Lund w Szwecji, istnieją katedry parapsychologii, którymi kierują profesorowie tej dziedziny wiedzy. Jak zatem głośne zdemaskowanie przez Randiego wszelkich zjawisk i uzdolnień parapsychicznych, uznane przez sceptyków, niedowiarków i zaciętych ich przeciwników, ma się do wyżej przedstawionych faktów?
Jak mają się negatywne wyniki badań ekstrasensów uzyskane przez „wielkiego demaskatora” wobec pozytywnych rezultatów z prób i doświadczeń w zakresie tzw. postrzegania pozazmysłowego (czyli widzenia na duże odległości bez udziału wzroku), przeprowadzanych w latach 70. ubiegłego wieku przez naukowców z Uniwersytetu Stanforda w USA, które były tak udane, że zainteresowały nie tylko CIA, ale również rząd tego państwa, przeznaczający miliardy dolarów na ich kontynuację? (Rząd Stanów Zjednoczonych wyasygnował olbrzymie sumy na realizację dalszych badań nad postrzeganiem na odległość, chciał bowiem uzyskać przewagę w wyścigu o pierwszeństwo w tym zakresie nad armią w ówczesnym ZSRR, przeprowadzającą podobne eksperymenty). Podczas prób z osobami o predyspozycjach pozazmysłowego widzenia, realizowanych na Uniwersytecie Stanforda, towarzyszyły im zainteresowanie i przychylna, ze strony naukowców atmosfera. O tej atmosferze, o przyjaznych ekstrasensom warunkach przeprowadzanych z ich udziałem badań, wspominają w swoich pracach zarówno oni sami (np. ks. Czesław Klimuszko), jak i naukowcy, zgodni co do tego, że są one niezbędnym czynnikiem, by w laboratoryjnych realiach mogły zamanifestować się zjawiska paranormalne. Czy Randi zapewnił takie warunki badanym przez siebie osobom o nadnaturalnych zdolnościach?
James Randi, nie przyjmując do wiadomości zawartych w setkach książek opisów tysięcy manifestacji parapsychicznych zdolności ludzkiego umysłu, objawiających się w obecności Nauczycieli ludzkości, duchowych Mistrzów, świętych i mistyków wszelkich religii oraz przedstawicieli różnych ścieżek duchowego rozwoju, jak joga czy taoizm, udowadnia wręcz chorobliwą wobec nich wrogość. Emanując swoim silnym sceptycyzmem i negatywnymi intencjami wobec badanych w jego obecności ekstrasensów, takich jak Uri Geller, Randi należy do czołówki osób na świecie, wobec których niezwykle subtelne energie ludzkiego umysłu i ich efekty nie są w stanie się zamanifestować. Mogą się one objawić tylko wówczas, gdy James Randi i podobne mu osoby dokonają procesu oczyszczenia się z pokładów negatywnych energii i otworzą się na te wyższe, pozytywne. Gdy zamiast wrogości, niedowiarstwa czy sceptycyzmu wobec tego, czego „okiem dojrzeć nie można”, towarzyszyć będzie im otwartość, ciekawość oraz czyste intencje, które znamionują prawdziwego badacza i naukowca.
W końcu i sam „wielki demaskator” został zdemaskowany i to przez najbardziej obiektywny czynnik, jakim jest woda. Mało kto o tym wie, mimo że rzecz miała miejsce na początku lat 90. ubiegłego wieku. Pomimo istnienia dowodu na skutki negatywnych oddziaływań Randiego w trakcie eksperymentów, przez kolejne lata wielu naukowców, sceptycznie ustosunkowanych do spraw paranormalnych, powoływało się na niego, jak na niekwestionowany autorytet w tej tematyce. W celu pełnego zrozumienia, w jaki sposób James Randi został zdemaskowany, a jego silnie negatywne energie zostały ujawnione przez wodę, należy sięgnąć do historii sprzed 25 lat związanej z badaniem jej właściwości kumulowania informacji z otoczenia. W tym mniej więcej czasie francuski immunolog, prof. dr Jacques Benveniste, przeprowadzał doświadczenia nad możliwościami wody przejmowania cech rozpuszczonych w niej substancji. Wyniki swoich badań potwierdzające powyższe jej możliwości, dzięki którym staje się ona biologicznie czynna (co stanowi dowód na skuteczność leków homeopatycznych), badacz ów umieścił w naukowych czasopismach: „European Journal” i „Nature”. Grono redakcyjne tego ostatniego periodyku, prawdopodobnie sceptycznie nastawione do homeopatii, zażyczyło sobie potwierdzenia wyników doświadczeń prof. Benveniste z wodą przez 4 inne, niezależne laboratoria. Przeprowadzone przez nie badania w pełni potwierdziły wyniki uzyskane przez francuskiego naukowca, czyli dowiodły, że każda substancja kontaktująca się z wodą pozostawia w niej swój – silniejszy lub słabszy – ślad informacyjny, dzięki czemu nabiera ona nowych właściwości, mimo iż pod względem chemicznym jest czysta. Jednakże i te dowody nie zadowoliły (a może wręcz tak zaszokowały) do tego stopnia redakcji „Nature”, że zorganizowała ona dodatkową sesję badawczo-weryfikacyjną, którą przeprowadzono w samym laboratorium prof. Benveniste, ale z udziałem Jamesa Randiego. (Czym się red. „Nature” kierowała zapraszając iluzjonistę, by podważył doświadczenia spełniające wszelkie naukowe kryteria – trudno na to odpowiedzieć).
Początkowe doświadczenia podczas tejże sesji potwierdzały wcześniej uzyskiwane wyniki, dopóki nie „wkroczył do akcji” Randi. Poza swoimi negatywnymi energiami wprowadził on zmiany w procedurze badania wody (mimo że nie reprezentował w pełnym znaczeniu tego słowa nauki), co spowodowało, że kolejne próby nie powiodły się. Redakcja „Nature” triumfowała: w kolejnym wydaniu czasopisma ośmieszono naukowe badania prof. Benveniste nad możliwościami wody, a jemu samemu przyznano IG – Nobla, czyli antynobla – „nagrodę” za antynaukowe odkrycia. Szykany ze strony sceptycznych uczonych nie załamały jednakże francuskiego naukowca. Kontynuując badania nad możliwościami kumulowania informacji przez wodę, dostarczył on niezbitych naukowych dowodów w postaci powtarzalności wyników swoich eksperymentów.
Dalsze lata badań nad niezwykłymi właściwościami wody, przeprowadzane w laboratoriach przez uczonych w różnych miejscach na świecie, nie tylko potwierdziły efekty wcześniejszych z nią doświadczeń, ale też przyniosły nowe, wręcz rewelacyjne odkrycia. Zwłaszcza eksperymenty japońskiego uczonego, doktora medycyny alternatywnej Masaru Emoto, przeprowadzane w latach 90-tych ubiegłego wieku wykazały, że budowa strukturalna wody zmienia się nie tylko w zetknięciu z substancją chemiczną, ale również pod wpływem przesyłanych do niej różnych promieniowań i dźwięków oraz ludzkich energii: słów, uczuć, myśli, intencji i stanów świadomości. W jego, a później i innych badaczy doświadczeniach próbki wody pochodzące z tego samego źródła i poddane wcześniej pozytywnym słowom lub myślom wykazywały niezwykłe piękno form w przeciwieństwie do tych, które poddane zostały działaniu negatywnych energii umysłu – te były po prostu nieuporządkowane, brakowało w nich jakiegokolwiek piękna.
Wracając do Jamesa Randiego należy stwierdzić w świetle powyższych informacji, że jego ingerencja w naukowe doświadczenia prof. Benveniste spowodowała, iż początkowo pozytywne wyniki zostały zamienione w negatywne na niekorzyść francuskiego badacza. Podłożem tego były energetyczne emanacje Randiego, które zmieniły strukturę wody do tego stopnia, że zakłóciły prawdziwy obraz efektów badań. W świetle wyników eksperymentów uzyskanych przez dr. Emoto i potwierdzonych przez innych badaczy wody jest oczywistym, że to amerykański iluzjonista, poprzez swoje złe intencje, sceptycyzm czy inne negatywne energie swojego umysłu przyczynił się do zmiany efektów naukowych doświadczeń w laboratorium prof. Benveniste. W ten sposób, dzięki możliwościom wody Randi, „największy demaskator”, którego raczej należałoby nazwać największym nieświadomym oszustem (zresztą taki był jego zawód – iluzjonista oszukuje ludzi swoimi sztuczkami), zdemaskował sam siebie. Przez długie lata oszukiwał on mniej lub bardziej świadomie siebie samego, innych i przede wszystkim świat nauki, tak naprawdę przyczyniając się do ośmieszenia naukowych sceptyków.
Jamesowi Randiemu zawdzięczamy – w dosłownym znaczeniu tego słowa – dwie rzeczy: przyczynienie się, chociaż prawdopodobnie w sposób nieświadomy, do udowodnienia, że woda potrafi kumulować i zmieniać swoje właściwości, nawet te zdrowotne, pod wpływem negatywnych emocji m.in. niedowiarstwa, sceptycyzmu i złych intencji, bo takimi on emanował przez cały czas podczas różnych eksperymentów i badań; ukazanie, jak negatywne emocje uczonych niedowiarków potrafią przysłonić im tzw. zdrowy rozsądek. Bo jak nazwać sceptyków z redakcji „Nature”, którzy korzystali z „umiejętności” Randiego, by zdyskredytować wyniki badań prof. Benveniste uzyskane dzięki eksperymentom spełniającym wszelkie naukowe kryteria, jak nie pozbawionych zdrowego rozsądku.

Bogdan Trawkowski

P.S. Różne organizacje sceptyków i racjonalistów, jak np. Belgijsko – Flamandzkie Stowarzyszenie Sceptyków, wzorem Fundacji Jamesa Randiego stawiające sobie za cel zdyskredytowanie zjawisk parapsychicznych, mamią wysokimi nagrodami pieniężnymi kolejnych ekstrasensów, którzy, by je zdobyć, powinni w obecności niedowiarków i za pomocą ułożonych przez nich testów udowodnić swoje paranormalne zdolności. Naśladując amerykańskiego iluzjonistę, organizacje te popełniają te same błędy, które on popełniał w eksperymentach z osobami sensytywnymi.

B.T.

KSIĄŻKI NAUKOWE O PARAPSYCHOLOGII

Twierdzenie, mocno upowszechniane przez akademicką naukę, że zjawiska paranormalne (parapsychiczne) nie mają naukowych podstaw jest kłamstwem. Poniżej przedstawiam listę książek, których autorzy, naukowcy często z tytułami profesorskimi, dowodzą, iż fenomeny parapsychiczne dają się wytłumaczyć w sposób naukowy. Należy jeszcze dodać, że z roku na rok tego typu opracowań przybywa.

1. PARAPSYCHOLOGIA I WSPÓŁCZESNE PRZYRODOZNASTWO. Aleksander Dubrow, Wieniamin Puszkin. Krajowa Agencja Wydawnicza 1989
2. PARAPSYCHOLOGIA. FAKTY I OPINIE. Milian Ryzl. Astrum 1994
3. PARAPSYCHOLOGIA. NAUKA KONTROWERSYJNA. Richard S. Broughton. Agencja wydawnicza Benkowski 1994
4. WYJAŚNIANIE NIEWYJAŚNIONEGO. Hans J. Eysenck, Carl Sargent. Świat książki 1994
5. ŚWIAT JASNOWIDZĄCYH. Lawrence LeShan. Rebis 1992
6. TAM GDZIE NAUKA SPOTYKA SIĘ Z MAGIĄ. Serena Roney-Dougal. Amber 2003
7. TAJEMNICE PARAPSYCHOLOGII. Krzysztof Boruń, Stefan Manczarski. Iskry 1977
8.EKSTERIORYZACJA – ISTNIENIE POZA CIAŁEM. Roman Bugaj. Sigma NOT 1990
9. FENOMENY PARANORMLNE. Roman Bugaj. Adam 1994
10. UMYSŁ PRZEWIDUJĄCY PRZYSZŁOŚĆ. David Loye. KOS 2010
11. TAJEMNICZE ENERGI. Dorota Zarębska- Piotrowska. Oficyna Cracovia 1991
12. ZJAWISKA MEDIUMICZNE. Julian Ochorowicz. Alfa 1992
13. OD MAGII DO PSYCHOTRONIKI. Lech Emfazy Stefański, Michał Komar. Wiedza Powszechna 1980
14. TAJNY ŚWIAT PARAPSYCHOLOGII. Elmar R. Gruber. Amber 1999
15. CZŁOWIEK PARANORMALNY. Georges Pasch. Prolog 1993
16. PONAD UMYSŁ I ZMYSŁY. Ingo Swann. Limbus 1994
17. SPOTKANIA Z NIEZNANYM. Jaime T. Licauco. Helion 2009
18. POSTRZEGANIE POZAZMYSŁOWE. Dale Graff. Medium 1999
19. WYŻSZY WYMIAR. Ernest Meckelburg. Amber 2000
20. POLE. W POSZUKIWANIU TAJEMNICZEJ SIŁY WSZECHŚWIATA. Lynne McTaggart. Czarna Owca 2009
21. BLISKIE A NIEZNANE. Andrzej Szmilichowski. Kociewski Kantor 1992
22. MIĘDZY MAŁPĄ A CYBORGIEM. Lucjan Znicz. Amber 2000
23. TAJEMNE MOCE CZŁOWIEKA. Andrzej Sandor. Comes 1993
24. OKULTYZM I MAGIA W ŚWIETLE PARAPSYCHOLOGII. Józef świtkowski. Polczek 1990 (wydanie oryginalne – 1939)
25. PSYCHOTRONIKA – MINI ENCYKLOPEDIA. Lech E. Stefański, Leszek Matela, Jan A. Szymański. Sigma NOT 1993

POLECAM RELAKS UMYSŁU I MEDYTACJĘ

Starzy są tylko ci, którzy przestali patrzeć, interesować się.
Pozostaniesz młody tak długo, jak długo twoja ciekawość będzie podobna do żywego płomienia.

„Siła życia” – M. Gray

Jedną z najwspanialszych i najbardziej efektywnych metod poszerzania świadomości, tworzenia dodatniego psychoenergetycznego bilansu, odreagowywania i opanowywania emocji oraz budowy siły ducha jest umysłowy relaks, a w szczególności jego dobroczynna odmiana – medytacja.
Relaks, to umysłowy wypoczynek charakteryzujący się świadomym przerzuceniem uwagi z jednej, najczęściej długotrwale obciążającej niektóre obszary mózgu formy aktywności umysłu, np.: nauki języka obcego, pracy przy komputerze, pisaniu książki, na inną, pobudzającą odmienne obszary mózgu formę np.: słuchanie ulubionej muzyki, podziwianie piękna przyrody, rekreację ruchową. Dzięki tej umiejętności następuje odpoczynek nadmiernie eksploatowanych ośrodków mózgowia i regeneracja utraconej w trakcie długotrwałej pracy lub intensywnego wysiłku energii. Medytacja natomiast jest odmianą relaksu, jak również formą wglądu w energetyczne obszary poszerzonej świadomości, sprowadzającą się do wyciszenia, a nawet zlikwidowania, związanego z codziennymi życiowymi sprawami, sytuacjami i problemami, „strumienia” myśli i wyobrażeń oraz do koncentracji uwagi na świadomie wywoływanych lub spontanicznie napływających wizjach. Pozytywne, udokumentowane naukowymi badaniami (m.in. przez R.K. Wallace’a i H. Bensona z Uniwersytetu Harwardzkiego, a opublikowane w 1972 roku w „Scientific American” w artykule pt. „Fizjologia medytacji”) efekty umysłowego relaksu i medytacji to:
uzyskanie umiejętności przerzucania uwagi, koncentracji oraz utrzymywania umysłu w stanie wyciszenia, bez wywołujących napięcia i psychiczne zmęczenie negatywnych emocji i myśli;
osiąganie regenerującego psychikę i ciało stanu umysłu z przewagą cykli alfa i theta (występujących również w czasie snu); odnotowano m.in. znaczny spadek zakwaszenia organizmu oraz szybki przyrost siły;
likwidowanie psychosomatycznych napięć i zbędnych umysłowych blokad;
pobudzenie obszarów mózgu mało lub w ogóle nie eksploatowanych przez ludzi „pochłoniętych” w codziennym życiu materialnymi czynnościami;
kształtowanie umiejętności i siły wyobraźni (tzw. wizualizacji) oraz intuicyjności, co przyczynia się do harmonijnego rozwoju umysłu;
zsynchronizowanie pracy obydwu półkul mózgowych, co przy dużych we współczesnym świecie obciążeniach jednej, analityczno–materialnej półkuli jest nieodzowne dla dobrego samopoczucia, zdrowia i harmonijnego psychofizycznego rozwoju;
otwarcie akupunktów i czakr oraz udrożnienie energetycznych kanałów (tzw. meridianów), a przez to zwiększenie obronnej siły ludzkiej aury (biopola) oraz ilości, gromadzonej w wyniku pracy otwartego umysłu, bioenergii – tworzenie przyjaznego dla jednostki i dla świata dodatniego psychoenergetycznego bilansu.
Umysłowy relaks i medytacja odgrywają istotną rolę w harmonizacji życia oraz w procesie umysłowej transformacji, zwłaszcza w części odreagowywania, opanowywania i otwarcia. Zrelaksowany i rozluźniony umysł w trakcie i po tych praktykach napełnia się subtelnymi energiami wyższych poziomów świadomości, dzięki czemu człowiek uzyskuje większe poczucie bezpieczeństwa i wewnętrzny spokój, przyczyniający się do likwidowania nadmiaru negatywnych emocji i ich konsekwencji. Nadrzędnym celem zaś relaksacyjnych ćwiczeń i medytacyjnych seansów jest uzyskanie umysłu medytującego, czyli stanu psychicznego wyciszenia i spokoju z przewagą rytmu alfa, który dominowałby w każdej sytuacji i w każdej chwili. Dzięki zaś wolnemu od negatywów ego umysłowi, człowiek dostrzega rozwiązanie trudnych problemów osobistych i ogólnospołecznych. Rytm alfa i związane z nim wyciszenie, uspokojenie umysłu, a także, w oparciu o ten spokój większe możliwości rozwiązywania ogólnoludzkich problemów, przyczyniają się do likwidacji powstałego pod wpływem nadmiernie rozwiniętego ego chaosu, do porządkowania, harmonizowania, a co za tym idzie, większego ładu na naszym świecie. Proces ten z kolei przynosi zmniejszenie liczby wypadków, samobójstw, przestępstw i niepotrzebnych zgonów, a nawet żywiołowych katastrof i zbrojnych konfliktów (czytaj w dalszej części rozdziału przy opisie „efektu Maharishiego”). Temu właśnie mają służyć te wysoce pożyteczne praktyki, których w żadnej mierze nie można traktować jako kolejnego nałogu.
Proponuję naukę łatwej i prostej formy relaksu umysłu, opanowanie której przyniesie, oprócz wymienionych powyżej korzyści, również satysfakcję i pogodę ducha. W mieszkaniu, uprzednio prosząc pozostałych domowników o nieprzeszkadzanie i programując się na około 15 – 20 minut na zaniechanie jakiejkolwiek fizycznej aktywności, usiądź w dowolnie wybranym miejscu na kanapie lub fotelu (może być pozycja półleżąca) tak, by głowa wygodnie spoczywała na oparciu. Połącz stopy, by dotykały się wewnętrznymi krawędziami, rozchyl kolana, a dłonie połóż na udach w pobliżu pachwin. Po przyjęciu tej, jakże wygodnej pozycji, zacznij programować relaks od następujących słów: „Wchodzę w relaks, jestem bezpieczny i spokojny. Ignoruję wszelkie napływające do mnie negatywne, nieprzyjemne myśli i obrazy. Skupiam się na oddechu i rozluźnieniu całego ciała. Interesuje mnie tylko oddech i rozluźnienie ciała”. Następnie przerzuć uwagę na normalne i spokojne oddychanie, które możesz dla osiągnięcia silniejszego odprężenia, skojarzyć z odgłosem morskich fal – wdech to cofanie się fali, a wydech – wyrzucenie jej na brzeg. Po kilku lub kilkunastu wprowadzających w relaks oddechach wypowiedz dalsze, programujące Twój stan słowa: „rozluźniam swoje stopy” i przerzuć uwagę na te części ciała. Pooddychaj chwilę spokojnie, a następnie wypowiedz te same słowa na rozluźnienie podudzia (łydek). Po kilku oddechach powtórz tę procedurę kolejno dla ud, pośladków i bioder, podbrzusza, brzucha, klatki piersiowej, barków i ramion, pleców, karku i szyi, twarzy i całej głowy. Na zakończenie rozluźniania wypowiedz: „jestem całkowicie rozluźniony, trwam w tym cudownym stanie jeszcze kilkanaście oddechów”. Skup się ponownie na spokojnych oddechach ignorując, nie dając się emocjonalnie „wciągnąć” w negatywne myśli i obrazy. (W tym przypadku chodzi o to, aby beznamiętnie przyglądać się napływającym myślom i wyobrażeniom, podobnie jak w stosunku do ocenianego filmu bezemocjonalnie czyni to krytyk filmowy). Gdy uznasz, że jesteś dostatecznie zrelaksowany, wypowiedz słowa: „wychodzę powoli z relaksu, otwieram powoli oczy, czuję się wypoczęty i odświeżony”. Po otwarciu oczu posiedź jeszcze chwilę i ze słowami: „ zapamiętuję ten błogi stan odprężenia i rozluźnienia – towarzyszy mi on w każdej sytuacji, niezależnie od tego, gdzie jestem i co robię”, delektuj się wykonanym ćwiczeniem i jego pozytywnymi efektami.
Odczuwalnym rezultatem prawidłowo wykonanego relaksu jest ciepło stóp i rąk, ale jeżeli tego początkowo nie osiągnąłeś, nie martw się i nie zrażaj. Początki są zawsze trudne i tylko systematyczne ćwiczenie uczyni Ciebie, tak jak innych, mistrzem. Chcąc zatem osiągnąć namacalne dowody na skuteczność umysłowego relaksu w każdym miejscu, o każdej porze dnia, niezależnie od zewnętrznych warunków i wykonywanych czynności, powinieneś praktykować jego ćwiczenie co najmniej dwa do czterech razy w ciągu dnia, wykorzystując na to każdą nadarzającą się chwilę, w tym również – spacer. Oczywiście w jego trakcie rozluźniasz te mięśnie, które nie są zaangażowane w czynność chodzenia, przede wszystkim mięśnie twarzy, karku, klatki piersiowej, barków i ramion. Obok wsłuchiwania się we własny oddech, możesz przerzucać uwagę na słuchanie wiatru lub śpiewu ptaków. (Przypominają mi się w tym momencie słowa piosenki „To Ziemia” śpiewanej przez Stana Borysa, brzmiące: „Nie zginiesz w tłumie, póki jeszcze umiesz przystanąć, gdy zaśpiewa ptak”).
Po pewnym, indywidualnie różnym dla każdego czasie, w trakcie relaksu mogą pojawić się, obok ciepła, piękne, świadczące o wewnętrznym oczyszczeniu wizje (np.: kolorowe krajobrazy), wypełniające ciało białe światło oraz, odczuwalna z położonych powyżej czakry seksu energetycznych ośrodków (np.: z okolic pępka lub splotu słonecznego), błogość. Efekty te są świadectwem, że zdobyłeś pierwsze życiowe diamenty. I co najważniejsze, jeżeli będziesz je pielęgnował, będą one Tobie towarzyszyć i wspomagać w każdej chwili, w każdej sytuacji. Zapamiętaj, gdy nie możesz zasnąć, jesteś zestresowany lub po prostu zmęczony, zamiast wielu tabletek – jedna porcja relaksu.
Jeśli wyżej opisany relaks nie sprawia Ci, szanowny Czytelniku, większych trudności, możesz poszerzyć go o zatrzymanie oddechu i koncentrację na energetycznych punktach, zwanych czakrami. Wstrzymanie oddechu, chociaż na 2 – 3 sekundy, ma kapitalne znaczenie dla zdrowia i przyczynia się do zlikwidowania wielu dolegliwości, w tym m.in. nerwicy i arytmii serca. Polecał je znany jasnowidz i naturoterapeuta, ksiądz Andrzej Klimuszko. W trakcie zatrzymania powietrza w płucach występuje zjawisko kumulacji życiowej energii i nasycenia nią, w tym również tlenem, schorowanych narządów. Ćwiczenie z wstrzymaniem oddychania należy włączyć do relaksu po kilku lub kilkunastu wstępnych oddechach oraz w trakcie wykonywania rozluźnienia. Dzięki niemu łatwiej i szybciej można uzyskać efekt ciepła, pięknych wizji, a nawet wewnętrznego światła i błogości.
Gdy zatrzymywanie oddechu nie sprawia już żadnych trudności, wykonuj je, szanowny Czytelniku, zaraz po rozluźnieniu wraz z koncentracją na punkcie umiejscowionym około 2 – 3. centymetrów pod pępkiem. Koncentrację tę należy wykonywać przez około 5 minut. Wskazane jest jej ćwiczenie również w trakcie spacerowania i wykonywania lekkich, codziennych czynności. Po pewnym, indywidualnie różnym czasie, pojawi się w miejscu pod pępkiem uczucie ciepła, a bardziej zaawansowani w ćwiczeniu dostrzegą okiem wyobraźni „rozpalone” tam światło. Efekty te są oznaką, iż nastąpiło oczyszczenie pewnych obszarów podświadomości i należy skierować koncentrację na wyżej umiejscowioną, związaną ze splotem słonecznym i wyższymi poziomami mózgowia czakrę. Koncentrację na niej, w miejscu położonym w górnej części brzucha, tuż pod wyrostkiem mieczykowatym mostka, należy ćwiczyć po krótkim pobudzeniu poprzedniej czakry. W dalszej pracy nad swoim „wnętrzem” polecam koncentrację na czakrze woli, umiejscowionej mniej więcej pośrodku szyi.
Relaksacja i medytacja, jak już pisałem, uspokajają umysł i „doładowują” człowieka pozytywną energią. Na początku drogi doskonalenia się i wspinaczki na wyższe poziomy świadomości praktykujący, jako bardziej energetyczni, są też często bardziej ożywieni, a niekiedy wręcz pobudzeni. W niekontrolowany sposób tracą przez to wiele cennej energii na nie zawsze właściwą działalność. Dlatego też wskazane jest częste ćwiczenie opanowywania i uspokajania umysłu m.in. poprzez zwracanie uwagi, czyli uświadamianie sobie swoich stanów pobudzenia oraz strat energii w trakcie wykonywania różnych działań. Wspaniałą praktyką uspokajającą jest przerzucanie uwagi, podczas wykonywania różnych, nieskomplikowanych czynności, na rozluźnienie i właściwą pozycję ciała oraz słuchanie swojego oddechu, np. podczas pracy na komputerze lub w trakcie sprzątania przy pomocy odkurzacza. W praktyce tej chodzi głównie o to, aby nabyć umiejętności przerzucania uwagi i likwidowania strumienia niepotrzebnych, najczęściej negatywnych, „spalających” cenną energię myśli oraz bycia bardziej rozluźnionym w różnych, zwłaszcza stresujących sytuacjach, co przyczynia się do usunięcia niepotrzebnych napięć mięśniowych i uzyskania lepszego ukrwienia oraz dotlenienia całego organizmu. Ten sposób ćwiczenia przerzucania uwagi czyni człowieka bardziej świadomym swojego ciała i każdej chwili oraz prowadzi do osiągnięcia umysłu medytującego, zachowując dzięki niemu życiową, poprawiającą zdrowie i samopoczucie energię.
W tym miejscu tematu o umysłowym relaksie – mała uwaga. Otóż przestrzegam przed niecierpliwością związaną z osiąganiem wymienionych powyżej efektów relaksu. Gdy kilkanaście lat temu zacząłem ćwiczyć umiejętność relaksacji, jedynym wówczas celem, jaki mi przyświecał w trakcie tejże praktyki, było uzyskanie głębokiego spokoju i rozluźnienia ciała w każdej sytuacji. Nie tylko, że nie oczekiwałem pojawienia się wewnętrznego ciepła, światła, czy też błogości, ale w ogóle nie wiedziałem o istnieniu tych pięknych efektów. Oczekiwanie ich, zwłaszcza niecierpliwe, przyczynia się do powstawania wewnętrznych napięć, które z kolei utrudniają osiągnięcie prawidłowego rozluźnienia ciała, warunkującego odniesienie sukcesu. Pozostaje systematyczne ćwiczenie relaksu, o różnych porach dnia i w różnych warunkach, a efekty, w zależności od indywidualnych predyspozycji, wcześniej lub później zaczną pojawiać się same.
Ważne wiadomości naukowe na temat praktykowania medytacji: „Badania mózgu dostarczają dowodów na coś, o czym osoby praktykujące medytacje wiedzą od lat. Dyscyplina umysłu i medytacje zmieniają pracę mózgu i pozwalają ludziom na uzyskanie wyższego poziomu świadomości… Otóż, w czasie kilku minionych lat naukowcy z Uniwersytetu Wisconsin przetłumaczyli te doznania (uzyskane w trakcie medytacji – przyp B.T.) we współpracy z tybetańskimi mnichami na naukowy język fal gamma wysokiej częstotliwości oraz mózgowej synchronii…
Ustaliliśmy, że u osób od dłuższego czasu uprawiających medytacje następuje przyrost aktywacji mózgu w skali nigdy przedtem nie obserwowanej – oświadczył neurolog z Uniwersytetu Wisconsin dr Richard Davidson. Twierdzi, że badania, które przeprowadzili wykazały, iż mózg można wytrenować i fizycznie zmodyfikować, i to w stopniu możliwym do wyobrażenia tylko niewielu ludziom.
Dotychczas naukowcy byli wręcz przeciwnego zdania – uważali, że połączenia między komórkami nerwowymi zostają ukształtowane we wczesnym okresie życia i u człowieka dorosłego już się nie zmieniają. Okazało się jednak, że to założenie jest błędne, a to za sprawą postępu, jaki dokonał się w dziedzinie obrazowania pracy mózgu oraz w innych metodach. Naukowcy lansują obecnie pogląd o nieustannym rozwoju mózgu i ”neuroplastyczności”.
…Dr Davidson oświadczył, że wyniki jego najnowszych badań nad medytacjami opublikowane w ”Proceedings the National Academy of Sciences” (Protokoły Krajowej Akademii Nauk) poszerzają pojęcie neuroplastyczności i pokazują, że trening umysłu poprzez medytację (i inne metody) może zmienić wewnętrzne procesy i obwody w mózgu. Odkrycia te są rezultatem współpracy między drem Davidsonem a tybetańskim przywódcą duchowym, Dalaj Lamą, najbardziej znanym na świecie wyznawcą buddyzmu…
Zaobserwowaliśmy, ze wytrenowany umysł lub mózg różni się fizycznie od niewytrenowanego – oświadczył dr Davidson i wyraził nadzieję, że kiedyś – … potrafimy lepiej zrozumieć potencjalną doniosłość tego rodzaju treningu umysłu i zaczniemy traktować go poważnie”. (Źródłem tej informacji jest „The Washington Post” z 1.2.2005 roku, a przepisano ją z „Nexusa” nr 3/41 maj-czerwiec 2005 r.). Potwierdzeniem rezultatów badań nad medytacją uzyskanych przez zespół dr. Davidsona są badania dr Sary Lazar z Harwardzkiej Szkoły Medycznej. Posługując się techniką rezonansu magnetycznego udowodniła ona, że pod wpływem codziennych ćwiczeń medytacyjnych powiększa swoją grubość odpowiedzialna za wyższe procesy psychiczne kora mózgowa, a także lepiej pracują te części mózgu, które odpowiedzialne są za koncentrację, pamięć i podejmowanie decyzji (informacja za miesięcznikiem „Oliwia” nr 1/2006).
Z kolei pod koniec lipca 2005 roku ukazał się w tygodniku „Wprost” (nr 30/2005) artykuł dr Marii Golczyńskiej zatytułowany „Rak umysłu”. Tytuł tego stronniczego tekstu odnosi się do medytacji. Uważam, że nazwanie medytacji rakiem umysłu jest wielkim nieporozumieniem i świadczy, o czym można dowiedzieć się z cytowanego powyżej artykułu z „The Washington Post”, o braku właściwej wiedzy na ten temat, która w pełni odzwierciedlałaby istniejącą obiektywnie rzeczywistość. Stwierdziłem po przeczytaniu zawartej w artykule jednostronnej treści, że bardzo dobrze się stało, iż została ona opublikowana, bowiem z jednej strony ukazuje ona brak obiektywizmu i pseudonaukowość, a tym samym brak kompetencji jego twórców, z drugiej zaś strony – umożliwia bezstronnym reprezentantom wiedzy z różnych obszarów ludzkiej egzystencji skrytykować i skorygować błędne wyobrażenia i osądy przedstawicieli nauki opartej o materialną opcję, czyli nauki głównego nurtu.
Autorka artykułu „Rak umysłu” bardzo tendencyjnie opisuje w nim negatywne przypadki praktykowania medytacji przez niektórych znanych ludzi. Przytacza m.in. przykład zespołu „The Beatles”, którego medytujący członkowie nie ustrzegli się konfliktu; następny przykład piosenkarza Leonarda Cohena, przez 5 lat mało skutecznie praktykującego, w celu pozbycia się depresji, medytację w tybetańskim klasztorze oraz przypadek uzależnionego od alkoholu i narkotyków brytyjskiego pisarza, Kevina Griffina, dla którego medytacja stała się kolejnym nałogiem. Autorka artykułu pisze również: „Zbawienny wpływ wschodniej medytacji na zdrowie dotychczas udało się potwierdzić jedynie u mnichów buddyjskich, którym już tryb życia zapewnia dobrą kondycję fizyczną (pobudka o świcie, życie bez pośpiechu, dieta wegetariańska)”. Przytoczone zdanie jest częściowo nieprawdą, czego m.in. dowodem są rezultaty cytowanych przeze mnie powyżej badań nad wpływem medytacji na ludzki organizm przeprowadzane przez kilka lat przez naukowców z Uniwersytetu z Princeton na ludziach Zachodu. Kolejnym dowodem na pozytywny wpływ praktyk medytacyjnych na stan umysłu, a przez to i na zdrowie, jest fakt, o czym autorka artykułu wspomina, że obecnie medytuje wielu sławnych ludzi Zachodu ze świata sztuki, kultury, polityki, a nawet biznesu. W tym też miejscu artykułu przydałyby się wypowiedzi niektórych z tych osób (np. publikowana w jednym z czasopism wypowiedź pani minister Barbary Labudy oraz specjalistki psychiatrii, dr Bożeny Figarskiej) na temat dobroczynnych oddziaływań medytacji na ich psychofizyczną kondycję, dzięki czemu szerokie grono czytelników dowiedziałoby się więcej prawdy. W zamian za to niestety, znajdujemy w artykule negatywną wypowiedź pani dr Marii Golczyńskiej z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, która badała skuteczność medytacji w leczeniu zaburzeń psychiatrycznych i na podstawie końcowych wniosków tychże badań zbudowała negatywną opinię na temat praktyk medytacyjnych. Jej badania wykazały bowiem, że niepraktykujący medytacji pacjenci „lepiej rozumieli swoje problemy i szybciej dochodzili do zdrowia”. W dalszym ciągu artykułu wymieniane są przypadki psychicznych przypadłości i tymczasowej poprawy lub jej braku po praktyce medytacyjnej.
Artykuł ten, jak już pisałem, ze względu na negatywne wypowiedzi o medytacyjnej praktyce oraz brak wypowiedzi osób doświadczających jej pozytywnych rezultatów, jest bardzo stronniczy i posiada znamiona reklamy dla upadającego, z wiadomych szerokiemu gronu czytelników przyczyn, biznesu psychoterapeutów, czego m.in. dowodem jest zaczerpnięte z artykułu „Rak umysłu” zdanie: „To niepokojące, bo wiele osób zamiast chodzić do psychoterapeutów, zaczęło odwiedzać gabinety odnowy duchowej”. Należy zadać w tym miejscu pytanie: dlaczego wiele osób odstępuje od odwiedzania gabinetów psychoterapeutów, a zaczyna szukać recepty na psychiczne zdrowie u duchowych przewodników? Czy psychoterapeuci są mało skuteczni, czy też biorą za wizyty u siebie zbyt duże pieniądze lub utracili w wyniku ostatnich afer autorytet – odpowiedź pozostawiam czytelnikom mojego tekstu.
Osobiście uważam, że medytację lub relaksację należy praktykować jako część normalnej egzystencji, z jednej strony przyczyniającą się do podniesienia ludzkiej świadomości, a zatem zwiększającą odbiór uzdrawiających subtelnych energii, z drugiej zaś strony – dającą odpoczynek umysłu i psychiczną równowagę, a przez to poprawę zdrowotnej kondycji praktykę. Medytację można tak samo wdrożyć w normalne życie jak jedzenie, spanie, naukę i pracę oraz również jako część rekreacji. Nigdzie natomiast nie spotkałem się w literaturze z opinią, że medytacja jest antidotum na choroby psychiczne, a z wyników badań wypowiadającej się w artykule dr Marii Golczyńskiej należy wysnuć wniosek, że jest ona nawet przeciwwskazana. Jest to zrozumiałe zważywszy, że medytacja poszerza świadomość, natomiast cierpiące na psychiatryczne dolegliwości osoby powinny raczej ją zawęzić i skupić się na ujawnieniu źródeł i przyczyn swoich dolegliwości oraz na oczyszczaniu się z ich skutków. Nie powinno się jednakże, na podstawie wyników badań uzyskanych tylko na osobach z psychiatrycznymi dolegliwościami, wysnuwać o medytacji tylko negatywnych wniosków i sprowadzać ją do raka umysłu, bowiem można dojść do absurdalnego stwierdzenia, iż olbrzymia liczba ludzkiej populacji (medytuje wielu Azjatów, Europejczyków i Amerykanów), w tym wielu znanych, wspaniałych ludzi, choruje na tę przypadłość. Raczej do objawów raka umysłu zaliczyć należy pseudonaukowy bełkot tych wszystkich, którzy spreparowali omawiany przeze mnie artykuł i nadali mu niedorzeczny tytuł. Śmiem tak twierdzić, bowiem naukowe badania wpływu medytacji na ludzki umysł i organizm prowadzi się od dobrych 30 lat, a o jej pozytywnych rezultatach, nie tylko na jednostkę, ale również na całe grupy społeczne, można dowiedzieć się m.in. na stronach Internetu pod hasłem „efekt Maharishiego” oraz w naukowych, o światowej renomie czasopismach, np. w „Science”, „Lancet”, „Scientific American”, „American Journal of Physiology”, „International Journal of Neuroscience”, „Journal of Clinical Psychitry”.
W tym miejscu, jako dowód, przytaczam zaczerpnięty z Internetu (pod hasłem: „efekt Maharishiego”) fragment dotyczący eksperymentu z medytacją i jego rezultatów, będących w opozycji do tekstu omawianego artykułu, a uzyskanych w centrum Zachodniej cywilizacji, Stanach Zjednoczonych: „W 1974 roku zaobserwowano w wielu miastach (USA), że osiągnięty w medytacji stan wyciszenia u pewnej liczby ludzi udziela się innym członkom grupy;…nazwano to >>efektem Maharishiego< Należy w tym miejscu podać Czytelnikom bardzo ważną informację. Mianowicie, istnieją w różnych państwach, głównie w Stanach Zjednoczonych, Australii i w zachodniej Europie, grupy medytacyjne, które wykorzystując efekt Maharishiego oczyszczają i uzdrawiają, dzięki uzyskanym podczas medytacji subtelnym energiom, środowisko naturalne oraz chorych ludzi. Ze wspaniałą w tej sferze inicjatywą, przyczyniającą się do poprawy energetycznego stanu naszego świata, wychodzi co roku redakcja „Nieznanego Świata”, największego polskiego czasopisma zajmującego się problematyką medycyny alternatywnej i różnych dziedzin parapsychologii. Otóż od 2000 roku redakcja ta organizuje w jednym z ostatnich dni starego roku, o wyznaczonej godzinie, Wielką Medytację swoich czytelników w intencji realizacji szczytnych i pięknych idei, np. „Dobra i Pokoju”, „Miłości”, „Jedności”, „Oczyszczania Ziemi i pomocy Naturze”. O wynikach Wielkiej Medytacji Czytelników „Nieznanego Świata” można dowiedzieć się z kolejnych, począwszy od 2001 roku, styczniowych numerów tego periodyku. Osobiście również inicjuję medytacyjne przedsięwzięcia, m.in. w intencji pokojowego przebiegu Igrzysk Olimpijskich oraz w intencji uzdrawiania dzieci. Poza niewątpliwie energetycznym aspektem tego typu przedsięwzięć, mają one dodatkowo tę zaletę, iż dają wielu osobom poczucie własnej wartości, a ich życiu nadają właściwy, rozwojowy sens. Przytoczmy wypowiedź cytowanego powyżej profesora Davidsona, który zapytany o receptę na szczęście odpowiedział: „Wystarczyłoby byśmy kilka minut dziennie poświęcili na medytację i skupienie oraz na to, by życzyć sobie i innym szczęścia. Nie chodzi nawet o modlitwę, ale o konkretne ćwiczenia duchowe. Nie zajmie nam to zbyt wiele czasu, choć im więcej go poświęcimy, tym lepsze osiągniemy rezultaty. Podobna praktyka uaktywnia te sfery mózgu, które odpowiadają za pozytywne emocje, jak współczucie, altruizm czy poczucie szczęścia”.
Indywidualne wyniki praktyki medytacyjnej zależą od wielu czynników, z których do najważniejszych należy zaliczyć: osobowość medytującego (silna lub słaba) oraz stopień jego „zanieczyszczenia” negatywami przeszłości, rodzaj praktyki medytacyjnej (bierna lub czynna, z mantrą lub bez niej), a także samo miejsce medytacji (stopień zanieczyszczenia ciężkimi jonami dodatnimi lub niesprzyjającą negatywną energią psychiczną). Praktykowanie medytacji musi również wypłynąć z wewnętrznych potrzeb i intencji danej osoby, co oznacza, że nie należy nikogo do medytacji przymuszać, ani nawet gorliwie namawiać.
Na zakończenie chciałbym dodać małą osobistą uwagę. Otóż od kilku dobrych lat, będąc przeciwny technikom medytacyjnym opartym na niezrozumiałych dla ludzi Zachodu i pochodzących z innych kręgów kulturowych mantrach (słowach afirmujących boskość), polecam proste techniki relaksacyjne, które przyniosły nie tylko mnie, ale również i wielu moim pacjentom spokój, poczucie bezpieczeństwa, a nawet likwidację nerwic. W tym punkcie zgadzam się z końcowymi zdaniami artykułu „Rak umysłu” informującymi, że „…nawet buddyjscy mnisi zaczynają odradzać mieszkańcom krajów Zachodu medytowanie według wschodnich technik”.
Relaks umysłu i medytacja, jako łagodne formy dyscypliny, porządkują umysł i ciało, likwidując u człowieka wewnętrzny chaos. Osoby emanujące wewnętrznym uporządkowaniem, spokojem i pogodą ducha, z przeważającym w pracy mózgu pokojowym rytmem alfa, rozsiewają energie, które oczyszczają świat z chaosu tworzonego przez ludzi reprezentujących niższe poziomy świadomości. Nie działając wiele, czynią tak wiele.

Bogdan Trawkowski